.

.

środa, 17 grudnia 2014

Bo liczy się pomysł… oczywiście chodzi o felieton na nadchodzące Święta …….
Ale jest Boże Narodzenie, czyli raczej nie powinno się pisać. Przede wszystkim dlatego, że w ciągu tych trzech dni raczej mało kogo obchodzi, co jeden i drugi pismak sądzą, z czym się nie zgadzają, co im się nie podoba. W święta interesują nas inne rzeczy, więc najlepiej będzie, jeśli swoje wizje i przemyślenia zachowają dla siebie. Niech zachowają je na wyłączność, bo i tak nikt tego nie przeczyta. Taka prawda.
Grubą przesadą byłoby napisać, że w okresie bożonarodzeniowym świat się zatrzymuje, ale z pełną odpowiedzialnością można stwierdzić, że delikatnie, tak odrobinę, zwalnia, wyhamowuje. W sumie nie ma się czemu dziwić, bo przecież niemal dwa miesiące przed 24 grudnia rozpoczyna się szaleńczy wyścig, gonitwa, w której bierzemy udział dobrowolnie i z pełnym przyzwoleniem. Ścigamy się zarówno z innymi ludźmi, jak i sami z sobą, bierzemy udział w bezsensownych zawodach, nawiązujemy przygłupią rywalizację. O co? Chociaż chciałoby się wiedzieć, to do końca i tak nie wiadomo.
Podobno w Bożym Narodzeniu chodzi przede wszystkim o odpoczynek i spędzenie czasu w rodzinnym gronie. Dla mnie to radość wielka bo długi weekend z rodziną i zapach świerku, pasterka w której planujemy uczestniczyć tym razem w starej parafii.  Spoko, ale szczerze mówiąc ciężko dojrzeć u innych ludzi te motywacje. Znacznie łatwiej odnieść wrażenie, że ważniejsze jest, kto pierwszy będzie w galerii handlowej, kto wyniesie z niej więcej toreb, kto kupi ładniejszą choinkę, a kto większego karpia, którego później odpowiednio długo pomęczy w wannie. Same święta są za to kwintesencją wcześniejszych przygotowań. Jeden z drugim puszy się jak paw, pęka z dumy i gotów jest pobić rekord Baumgartnera (i to bez balonu), tylko dlatego, że w swoim mniemaniu odstrzelił uroczystość, jak ta lala.
Niestety, raczej nikt nie ma pojęcia, że w gruncie rzeczy jest zupełnie inaczej. Większość zakupionych rzeczy (głównie prezentów) nie nadaje się nawet do worka dla powodzian. Najlepsza, rzekomo, choinka usycha jeszcze przed nowym rokiem, a najnowocześniejsze, migające światełka, przestają migać na św. Szczepana. Wszystkie ciasta i ciasteczka po dwóch dniach już nam nie smakują, czerstwieją szybciej niż można się było spodziewać i ostatecznie kończą na dnie kosza na śmieci. Wszystko pozostałe, czemu poświęciliśmy przecież mnóstwo czasu i na co wydaliśmy sporo pieniędzy, wydaje się jakby niepotrzebne, zbędne, całkowicie bezużyteczne. Dochodzimy do wniosku, że gdyby nie święta, to nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi. Pomału rodzą się w nas wyrzuty i wątpliwości, choć z założenia miało być inaczej, miało być cudownie i bezbłędnie. Tymczasem okazuje się, że kolejny raz daliśmy się opanować bożonarodzeniowej głupawce. Brzmi słabo, prawda?
Pocieszać można się tym, że owa głupawka w gruncie rzeczy dotyka każdego. Sęk w tym, by nie dać się zwariować. Wiadomo, Boże Narodzenie to komercja na życzenie Was samych - (nawet dzieci w trzeciej klasie o tym wiedzą, serio), nieustanna pogoń za rzeczami absolutnie zbędnymi, niczym niewytłumaczalne zabiegi, by nasze prywatne święta były najlepsze, niepodrabiane, jedyne, by wszyscy wszystkiego nam zazdrościli. Warto jednak pokusić się o złamanie tego schematu. Co prawda nie jest to schemat prosty, ale przy tym nie jest też skomplikowany jak enigma. No i mimo wszystko nie trzeba być wybitnym uczonym czy geniuszem, by odwrócić ten wzorzec o kilkadziesiąt stopni.


Najlepszy przykład - Clark Griswold. Znacie? To ten z serii filmów "W krzywym zwierciadle". On też chciał zrobić święta, jakich nie widział nikt. Planował, kupował, ozdabiał, wychodził z siebie, byle tylko zadowolić - jak mu się wydawało - całą, ale naprawdę całą, rodzinę. Oczywiście trochę  przeszkadzało mu jego życiowe nieudacznictwo, które miał wypisane na twarzy, ale wbrew wszelkim pozorom zorganizowanie "perfekcyjnego Bożego Narodzenia" nie powiodło się Clarkowi z zupełnie innych powodów, i wcale nie chodzi o niespodziewaną wizytę kuzyna Eddie'ego. Griswold - chciał po prostu nasycić i zaspokoić swoje prywatne świąteczne pragnienia. Chciał dać to, co najlepsze nie rodzinie, lecz sobie. Uważał, że musi spełnić postawione przez siebie samego wymagania, bo inaczej Boże Narodzenie nie będzie dniem wyjątkowym, lecz kolejnym szarym i standardowym, a takich miał już szczerze dość. Na szczęście w porę zrozumiał, co w jego podejściu było nie tak, późno, bo późno, ale się opamiętał i finalnie mógł powiedzieć, że jego święta były tymi wymarzonymi. Szczerze życzę każdemu, aby już w tym roku mógł o swoich powiedzieć to samo. I abyście się w tym wszystkim nie pogubili , macie jeszcze czas na refleksję co jest najważniejsze w tych wyjątkowych dniach ....