Bo liczy się pomysł… oczywiście chodzi o felieton na
nadchodzące Święta …….
Ale jest Boże Narodzenie, czyli raczej nie powinno
się pisać. Przede wszystkim dlatego, że w ciągu tych trzech dni raczej mało
kogo obchodzi, co jeden i drugi pismak sądzą, z czym się nie zgadzają, co im
się nie podoba. W święta interesują nas inne rzeczy, więc najlepiej będzie,
jeśli swoje wizje i przemyślenia zachowają dla siebie. Niech zachowają je na
wyłączność, bo i tak nikt tego nie przeczyta. Taka prawda.
Grubą przesadą byłoby napisać, że w okresie
bożonarodzeniowym świat się zatrzymuje, ale z pełną odpowiedzialnością można
stwierdzić, że delikatnie, tak odrobinę, zwalnia, wyhamowuje. W sumie nie ma
się czemu dziwić, bo przecież niemal dwa miesiące przed 24 grudnia rozpoczyna
się szaleńczy wyścig, gonitwa, w której bierzemy udział dobrowolnie i z pełnym
przyzwoleniem. Ścigamy się zarówno z innymi ludźmi, jak i sami z sobą, bierzemy
udział w bezsensownych zawodach, nawiązujemy przygłupią rywalizację. O co?
Chociaż chciałoby się wiedzieć, to do końca i tak nie wiadomo.
Podobno w Bożym Narodzeniu chodzi przede wszystkim o
odpoczynek i spędzenie czasu w rodzinnym gronie. Dla mnie to radość wielka bo
długi weekend z rodziną i zapach świerku, pasterka w której planujemy
uczestniczyć tym razem w starej parafii. Spoko, ale szczerze mówiąc ciężko dojrzeć u innych
ludzi te motywacje. Znacznie łatwiej odnieść wrażenie, że ważniejsze jest, kto
pierwszy będzie w galerii handlowej, kto wyniesie z niej więcej toreb, kto kupi
ładniejszą choinkę, a kto większego karpia, którego później odpowiednio długo
pomęczy w wannie. Same święta są za to kwintesencją wcześniejszych przygotowań.
Jeden z drugim puszy się jak paw, pęka z dumy i gotów jest pobić rekord
Baumgartnera (i to bez balonu), tylko dlatego, że w swoim mniemaniu odstrzelił
uroczystość, jak ta lala.
Niestety, raczej nikt nie ma pojęcia, że w gruncie
rzeczy jest zupełnie inaczej. Większość zakupionych rzeczy (głównie prezentów)
nie nadaje się nawet do worka dla powodzian. Najlepsza, rzekomo, choinka usycha
jeszcze przed nowym rokiem, a najnowocześniejsze, migające światełka, przestają
migać na św. Szczepana. Wszystkie ciasta i ciasteczka po dwóch dniach już nam
nie smakują, czerstwieją szybciej niż można się było spodziewać i ostatecznie
kończą na dnie kosza na śmieci. Wszystko pozostałe, czemu poświęciliśmy
przecież mnóstwo czasu i na co wydaliśmy sporo pieniędzy, wydaje się jakby
niepotrzebne, zbędne, całkowicie bezużyteczne. Dochodzimy do wniosku, że gdyby
nie święta, to nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi. Pomału rodzą się w nas
wyrzuty i wątpliwości, choć z założenia miało być inaczej, miało być cudownie i
bezbłędnie. Tymczasem okazuje się, że kolejny raz daliśmy się opanować
bożonarodzeniowej głupawce. Brzmi słabo, prawda?
Pocieszać można się tym, że owa głupawka w gruncie
rzeczy dotyka każdego. Sęk w tym, by nie dać się zwariować. Wiadomo, Boże
Narodzenie to komercja na życzenie Was samych - (nawet dzieci w trzeciej klasie
o tym wiedzą, serio), nieustanna pogoń za rzeczami absolutnie zbędnymi, niczym
niewytłumaczalne zabiegi, by nasze prywatne święta były najlepsze,
niepodrabiane, jedyne, by wszyscy wszystkiego nam zazdrościli. Warto jednak
pokusić się o złamanie tego schematu. Co prawda nie jest to schemat prosty, ale
przy tym nie jest też skomplikowany jak enigma. No i mimo wszystko nie trzeba
być wybitnym uczonym czy geniuszem, by odwrócić ten wzorzec o kilkadziesiąt
stopni.
Najlepszy przykład - Clark Griswold. Znacie? To ten
z serii filmów "W krzywym zwierciadle". On też chciał zrobić święta,
jakich nie widział nikt. Planował, kupował, ozdabiał, wychodził z siebie, byle
tylko zadowolić - jak mu się wydawało - całą, ale naprawdę całą, rodzinę.
Oczywiście trochę przeszkadzało mu jego
życiowe nieudacznictwo, które miał wypisane na twarzy, ale wbrew wszelkim
pozorom zorganizowanie "perfekcyjnego Bożego Narodzenia" nie powiodło
się Clarkowi z zupełnie innych powodów, i wcale nie chodzi o niespodziewaną
wizytę kuzyna Eddie'ego. Griswold - chciał po prostu nasycić i zaspokoić swoje
prywatne świąteczne pragnienia. Chciał dać to, co najlepsze nie rodzinie, lecz
sobie. Uważał, że musi spełnić postawione przez siebie samego wymagania, bo
inaczej Boże Narodzenie nie będzie dniem wyjątkowym, lecz kolejnym szarym i
standardowym, a takich miał już szczerze dość. Na szczęście w porę zrozumiał,
co w jego podejściu było nie tak, późno, bo późno, ale się opamiętał i finalnie
mógł powiedzieć, że jego święta były tymi wymarzonymi. Szczerze życzę każdemu,
aby już w tym roku mógł o swoich powiedzieć to samo. I abyście się w tym
wszystkim nie pogubili , macie jeszcze czas na refleksję co jest najważniejsze
w tych wyjątkowych dniach ....