.

.

czwartek, 3 września 2020

Po Kulturę czasem trzeba wyjechać.

  Czas pandemii , „przymusowej” izolacji i doskwierającej „nudy” z racji zakazu przemieszczania się do innych aglomeracji przyczyniły się do poszukiwań szeroko rozumianej kultury w najbliższym otoczeniu. Nie mówię tu oczywiście o literaturze która w obecnym czasie w księgarniach internetowych była dostępna po bardzo promocyjnych cenach (przyznaję, nie kupuję lokalnie bo ceny wielokrotnie przewyższają średnią wartość rynkową). Po przeszukaniu dosłownie kilku żenujących ofert (były też wyjątki) które z racji obostrzeń zostały odwołane przejrzeliśmy również propozycje archiwalne i zdaliśmy sobie sprawę, że w najbliższym otoczeniu dzieje się … nic. Podążając dalej przyszła nam myśl że może to jednak celowy zabieg, aby odbiorcy nie sięgali ponad swój poziom do którego szufladkuje go lokalna władza ? Znamy osoby które potrafią dodać dwa do dwóch i doskonale wiedzą, że bardziej opłaca się pojechać do teatru na sztukę której być może nie do końca rozumieją, niż przesiedzieć dwa razy dłużej w pobliskim kinie na mniej ambitnych projekcjach (jeśli to film polski, to mamy nawet tych samych aktorów ). Zauważa się czasem zrywy w celu poprawienia repertuaru ale zdecydowanie zbyt rzadko. Od kilku lat jesteśmy wprost bombardowani wszelkimi raportami na temat niskiej świadomości kulturowej w społeczeństwie. Kiedy już państwo przestało szczuć wszystkich na „knowającą inteligencję”, nagle okazało się, że mimo obowiązku powszechnego szkolnictwa tylko niewielki procent ludzi spełnia tak naprawdę wymogi wykształconego obywatela. Z góry odcinam się od dywagacji jak taki ideał miałby właściwie wyglądać, ale podstawowa wiedza ogólna to zawsze jakieś fundamenty pozwalające dokonywać analizy i selekcji nabywanych informacji, a w razie potrzeby uzupełnić braki (przynajmniej te podstawowe)  Niewiarygodne artykuły na temat analfabetyzmu,  poziomu czytelnictwa, a w końcu ogólnego stanu świadomości Polaków przewijają się raz po raz w mediach konkurując jedynie z aferami rządowymi i wyrastającymi jak grzyby po deszczu programami typu „rolnik szuka domu”. Z takiej sytuacji niezadowoleni są wszyscy zainteresowani: twórcy, mecenasi, czy sami odbiorcy którzy nagle zostają potraktowani niczym zamknięta elita.

Procesom eufemistycznie nazwanym „zubożenia intelektualnego” równolegle towarzyszy łatwość manipulacji, pauperyzacja społeczeństwa, nożyce cenowe, kryzys lub inne inteligentne ekonomiczne terminy powodując w praktyce coraz mniejsze kwoty jakie przeciętny zjadacz chleba jest w stanie przeznaczyć na swój rozwój duchowy i intelektualny nie rezygnując tym samym z obiadu. Oczywiście mówi się że popyt kształtuje podaż, ale w tak dużym stosunkowo mieście to właśnie tej podaży jest jak na lekarstwo znamy małopolską wieś która miesięcznie oferuje więcej niż przez cały rok miasto.

Co gorsza, nawet najbardziej optymistyczna wizja przyszłości bo z takich znani są nasi politycy nie zakłada poprawy sytuacji. Co najwyżej względnej jej stabilizacji. Coraz ważniejsza staje się minimalizacja kosztów, w najlepszym razie rozwija się wszelakie piractwo, oczywiście powodując dalszą degradację "kapitalistycznej kultury". Czy można coś na to poradzić? Z pewnością można spróbować.

wtorek, 25 sierpnia 2020

Osiem kwartałów na wsi za nami ...

 

Osiem kwartałów na wsi za nami

Kto z nas, choć przez chwilę nie marzył by pójść za głosem serca i wyprowadzić się na wieś ?

Mówili że będzie ciężko, ale początki nie zawsze będą takie o ile szybko przestawisz się  z kontekstu miejskiego na ten wiejski. Wszystko w życiu musisz sobie ustawić tutaj od nowa. To wymaga zmiany nawyków, ale przede wszystkim – zmiany podejścia. W mieście wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ale dzięki temu tylko pozornie życie wydaje się prostsze.

Dom na wsi, blisko natury, nie na weekend lecz na stałe. Kawa na tarasie, ogród, w nim szczęśliwe psy, a w nocy zielone królestwo przejmują kuny, koty, lisy, jeże, sowy, zające i inne. To w lecie, a zimą kominek w pracowni i bogactwo natury za oknem.  Wbrew pozorom każdy dzień jest inny począwszy od poranków kiedy budzą Cię psy, w mieście ospałe aż do porannego spaceru, tu alarmują, że koty atakują ogród lub sąsiadka już spaceruje ze swoim psem. Są też wyjątki kiedy rano odsypiają w ciepłej pościeli nocne harce po ogrodzie.

Dom z historią, otwarty dla ludzi, z dobrą energią ,za sprawą anielskich rekwizytów, ceramiki, obrazów nie bez powodu nazwany Anielską Zagrodą. Wiadomo, że ma swoje tajemnice które odkrywa się po kawałku. Do tego sporadycznie mysi goście które sukcesywnie wyprowadza się do ogrodu lub na drogę, zabić szkoda. Hanna Banaszak kiedyś śpiewała o myszce: „nigdy nie mówię jej a kysz!” kobieta chyba nigdy nie mieszkała na wsi.

Dom kochany, ale z wyboru jest siedzibą starą, co oznaczało remont i pojawiające się od czasu do czasu usterki. Ma to swój urok o ile nie dzieją się te poważne.  W naszej części wsi są trzy domy. Takie trochę Bullerbyn (pani Babci i państwa J) więc trudno, żeby wszyscy się nie znali, kochali i wzajemnie sobie pomagali. O relacje sąsiedzkie trzeba na wsi dbać. Są też inni, z drugiej ulicy którym na odmianę wszystko i wszyscy przeszkadzają, widać że taki konfliktowy sposób życia z większością okolicznych rodzin im pasuje, a nam co jakiś czas dostarcza powodów do śmiechu, ostatecznie rozrywki są człowiekowi potrzebne a darmowy kabaret na żywo wprowadza trochę urozmaicenia w tą naszą spokojną siedliskową część.  

Jakakolwiek by była pora roku, zawsze jest coś, co trzeba zrobić bez zwłoki: zerwać owoce, bo ptaki zrobią to pierwsze (przez pierwszy rok wygrywały ), zagospodarować dary ogrodu, bo się zmarnują, a szkoda: ekologiczne, i „własne”. Pokutuje niestety powielany mit, że własne najlepsze i własne trzeba mieć. Jeśli to akurat jesień, to śliwki, jabłka, gruszki, buraki, latem czereśnie, ogórki, groszek, porzeczki, maliny, pomidory.

Słoiki, słoiki, pełne ręce roboty, wstyd w takim wypadku przetwory kupować, tu zresztą nawet często warzyw w sklepie nie ma, każdy ma własne lub jedzie do miasta.

Piękna złota jesień? Dzień „wolny”, południe dawno minęło, ręce czarne od porządków w ogrodzie, czasem krowa się cieli więc trzeba pomóc sąsiadowi. A jeśli deszczowa, szaro-bura, barowa, to mokro i błoto (nie mamy ulicy dojazdowej) . Ludzie w butach, a psy w łapach wchodzą do naszej czystej kuchni. Jakże niepraktyczny jest na wsi biały pies a co dopiero dwa. Lucky zamienia się w jednolitego szaraka a Luna w starego mopa.

Trudno, przyjdzie zima i śnieg, będzie czysto, tylko czy będzie śnieg ? W każdym razie będziemy mieli więcej czasu dla siebie, napiszę kolejny felieton i nadrobię zaległości w ceramice. Dzień krótki jesienią, kominek, o ile nie dymi jest fajnie, gorąca herbata, książka i glina wszystko wynagradza.

Zimą jest zimno przy rzece i wydaje się że wszędzie jest daleko. Niesamowita cisza, święta nastrojowe jak nigdy w mieście. Ale o poranku konieczne palenie w centralnym, piec w średnim wieku ma już swoje humory. W jasnej odzieży do niego nie podchodź, konieczny stary łach, sadza, węgiel i trzeba szybko rozpalić aby zdążyć do pracy w mieście. Każde nowoczesne ogrzewanie jest dużo droższe, a przecież miało być oszczędniej. Napalone, ale piec czasem zadymi. Przewietrzone, smogu za to nie mamy, dym trochę szczypie w oczy, ale grunt, że to nie czad.

W domu ciepło, za oknem mróz… Okoliczne łąki zamieniły się w białe dywany, sceneria baśniowa, długi spacer z psami  konieczny. Jest cudownie.

Miała rację moja poprzedniczka uprzedzając, że częstego mycia głowy nie będzie. No bo zimno to częste bieganie do kotłowni, a jak już ciepło, to gorąca woda w bojlerze reglamentowana. Niemniej czasami ruszamy do miasta w wersji „wyjściowej” i zapachem oscypka od dymu z pieca.

Wiosna jest pełna nadziei i błota. Ktoś pamięta „Noce i dnie” kiedy grzęzły im w błocie powozy, nam czasem grzęźnie po felgi samochód..  Ale z ludźmi nie zginiesz, samotność nam tu nie grozi, zadbają o to ludzie z naszego Bullerbyn i zwierzaki. Bo chętnych do zamieszkania z nami coraz więcej, nie licząc myszy i jeży w czasie chłodów zdarza się do dziesięciu kotów dopytujących pod pracownią o miskę wsparcia.

Żyjemy.. często trochę tu i tam ze względu na pracę w mieście. Nie zapominamy również o Małopolsce do której jest nam zawsze po drodze. Tutaj jest cicho. To jest cudowne i wciąż zaskakujące, kiedy dojeżdżamy, stajemy, nie chce mi się przez chwilę wysiadać. Otwieramy drzwi samochodu i wpuszczam do niego pierwsze hausty ciszy… I natychmiast zaczynamy inaczej oddychać. Właściwie chłoniemy tlen. Jego bogactwo po chwili staje się naturalne, ale pierwszy efekt jest oszałamiający. A hałasy tutaj to ranne wydzieranie się ptaków i częste triumfalne pienia koguta, który dumnie przechadza się, prowadząc za sobą stado swoich dam. W mieście wciąż coś hałasuje, nawet w nocy i „od ulicy” słychać daleki szum, kroki na schodach, nie mówiąc o długowieczornych spędach młodych ludzi pod oknami. Czasem, żeby zasnąć, potrzebne są stopery, gdyż chłopaki gadają głośno i niewybrednie. 

W obie strony wciąż się wyładowujemy, pakujemy, przenosimy (miasto-wieś). Do miasta, rodzinie i znajomym wozimy ziemniaki i wiejskie jajka od zaprzyjaźnionego gospodarstwa państwa Hilke (najlepsze na świecie), czasem nasze pomidory (o ile jest urodzaj), podzielimy się też swojskim chlebem który mamy z gospodarstwa ekologicznego państwa Ślicznych. I w obie strony kwiaty; na okna, na ganek, do wazonów. Tutaj jest fajnie, zawsze coś kwitnie, zioła, kwiaty, trawy, chwasty, a my obstawiam całą chałupę donicami i dopiero wtedy jest dobrze…