Żywię
bardzo duży sentyment do książek drukowanych. Co więcej: tradycyjne biblioteki
to jedno z moich ulubionych miejsc. Mówiąc biblioteki, mam na myśli nie tylko
całe piętra ciągnących się bez końca regałów z książkami, albumami i
dokumentami zapełniającymi zabytkowe nieruchomości w centrach dużych miast, ale
również te mniejsze, skromniejsze i co najważniejsze, te bardziej intymne:
biblioteki domowe.
Pochowane
w bardzo nietypowych zakamarkach naszych mieszkań, w piwnicach, na strychach,
bądź też elegancko wyeksponowane w honorowym miejscu naszego pokoju gościnnego.
Biblioteki domowe. Wszystkie one działają na mnie jak płachta na byka. Kiedy
tylko zauważę u kogoś w domu książki, lgnę jak ćma do światła. Obecność choćby
najmniejszej ilości książek w naszych domach może stać się bardzo cennym
źródłem informacji o nas samych. Jest to skarbnica wiedzy o gospodarzach. I nie
chodzi tu li tylko o samą tematykę książek jakie posiadamy. Książki potrafią
dużo powiedzieć o ich właścicielach już po samym systemie ich przechowywania.
Sposób ich ułożenia potrafi wiele wyjaśnić.
Do
tej pory spotykałem się z trzema sposobami „segregowania” książek: według
tematyki, według ich fizycznych gabarytów oraz według, tak zwanego,
artystycznego nieładu, czyli misz-masz bibliofilski, wszystko w jednym, bez
ładu ani składu. Dodatkowo, istnieje jeszcze jeden system o którym jedynie
słyszałem, a nie miałem okazji spotkać go w prywatnych bibliotekach: układanie
książek według kolejności alfabetycznej ich twórców.
Po
wielu latach zwiedzana i podziwiania różnorodnych w swojej treści i formie
domowych bibliotekach (niech mi wszyscy gospodarze u których bywałem wybaczą
moją niekiedy nadmierną ciekawość i nie odwołują naszych kolejnych spotkań), po
raz pierwszy trafiłem do biblioteki, w której książki ułożone były według...
koloru grzbietu poszczególnych okładek. Rewelacja J
