Chyba
się przeładowałem , nagła potrzeba wyrzucenia z głowy wszystkich śmieci,
niepotrzebnych myśli, zrewidowanie sposobu postrzegania, znalezienie pustki,
którą można od nowa zapełnić przyczyniła się do dania sobie paru ....... dla
niczego.
Całkowite
odrzucenie telefonu, internetu , telewizji itd. itd. cel relaks - ważne książki, artykuły, na które nie było
czasu leżące na stercie spraw odłożonych, długie spacery, zabawa z psami, proste
czynności wykonywane z wielką starannością, myśli o sensie drobnych spraw,
które składają się na te większe.
Przewidywany
czas powiedzmy dwa tygodnie plus.
To
nie rzucenie wszystkiego, raczej odejście na boczną ścieżkę, gdzie nieczęsto
można kogoś spotkać. To nie ucieczka w inne miejsce, które pomaga zapomnieć o
tu i teraz. To pozostanie w tym zwykłym aby nauczyć się od nowa poruszać w nim
w takt sensu, ku korzyści własnej i bliskiego otoczenia, bez skrótów, które tak
naprawdę nie prowadziły do celu. To odrzucenie bzdur i snów o potędze, które
były jedynie fatamorganą. To nawet nagła zapowiedź zaniedbania obowiązków.
Czy
było coś co przepełniło czarę wytrzymałości? Nie. To tak jak z błękitną wodą
basenu, na powierzchni, której zbierają się zeschłe liście, śmieci. Żeby do
niej ponownie wejść trzeba posprzątać, a to wymaga cierpliwości i chęci
pływania w czystej wodzie. Bo wtedy gdy pozbywamy się natłoku niepotrzebnych
informacji - śmieci, prymitywnych obrazów w mediach, słów, które przylepiają
się jak „ciasteczka” w internecie,
zaczynamy czuć wolność i czyste powietrze wokół nas. Jasność i wyrazistość
myśli jest niesamowita i nagle intuicyjnie wiemy co jest dla nas dobre, a co
robiliśmy jak sztukę dla sztuki. Widzimy ludzi, którzy są rzeczywiście dla nas
ważni, do których chcemy wrócić. Przybywa energia w miejsce codziennej
przygnębiającej rutyny i zdajemy sobie sprawę z czego możemy, a nawet
powinniśmy zrezygnować. Zaczynamy uśmiechać się wewnętrznie, a to jest
wspaniałe uczucie. I nasze otoczenie od razu to widzi.
A
gdy po resecie wchodzimy do komputera, wracamy do oglądania telewizji, widzimy
i słyszymy bzdury i śmieci z pełną
świadomością, że będą one zawsze i tak naprawdę nie mamy na to wpływu, ponieważ
nikomu się nie chce nic z tym zrobić. To tak gdy na całym wielkim osiedlu
pełnym właścicieli psów tylko jeden sprząta po swoim. Jest syf, bo większość
tak postanowiła. Nie pozostaje więc nic innego jak żyć w swojej enklawie i
działać tak aby być zadowolonym z siebie i czuć w tym sens, który jest
niezbędny do mądrego życia. Jednak zawsze należy mieć nadzieję, że możemy coś
zmienić nie tylko dla siebie, coś poza własną wycieraczką.
Po
takim wyizolowaniu czujemy barierę ochronną, przez którą nie przechodzą
informacje o cycach, majtkach które wyskakują na zawołanie fleszy, o tym kto z
kim i co, wywody polityków, które są jednocześnie i straszne, śmieszne i nie
posuwające niczego w kierunku rozwiązującym jakąkolwiek sprawę. Nie straszne
nam wciskane non stop przed oczy dziwne osoby, które przepraszam bardzo, ale
niczego sobą nie reprezentują i niczego interesującego nie wnoszą. To wszystko
tylko śmieci pływające po powierzchni, które trzeba odgarnąć, by móc pływać w
czystej wodzie. Możemy być ludzcy omijając zbędne tematy, a nie okrutni
wylewając własną nienawiść i niepowodzenia pod zdjęciem dziwnych osób celowo
wystawianych na lincz w celu „kasoklikalności”.
To
przepis na reset indywidualny, a marzy mi się taki wielki… I to, co po nim
mogłaby zrobić duża grupa ludzi... Może nic, a może COŚ WAŻNEGO.