Wszystko jest polityczne. Puszcza, rower, TVP Kultura, jarzyny, powietrze w Krakowie, przedszkolaki, koty i psy, a nawet segregacja śmieci. Tak naprawdę to zawsze było polityczne, tylko niektórzy nie przyjmowali tego do wiadomości, bo polityka kojarzyła im się wyłącznie źle. Teraz, kiedy naprawdę nieprzyjemnie dała o sobie znać, myślą, że mieli rację.
To co większość miała do zaproponowania, to hermetyczny język, kwaśne miny, ironiczne uśmiechy, prześmiewcze uwagi i sceptyczny stosunek do wszystkiego. Żadnej pozytywności, żadnej dumy z przeszłości, przyjemności identyfikacji, satysfakcji z tego, co teraz, ani też żadnej nadziei na przyszłość. Tylko myślenie krytyczne, studia krytyczne, sztuka krytyczna, teatr krytyczny, krytyka społeczna, krytyka polityczna. To się świetnie sprawdza na seminariach akademickich i w dyskusjach intelektualnych, ale nie przekłada się na popularne idee, wspólne emocje i porywające perspektywy. Ci, co celowali w krytycznym myśleniu, nie zajmowali się przecież budowaniem wspólnoty, tylko podważaniem przesłanek, na których mogłaby się opierać. Nie wiem, czy krytyczne myślenie da się pogodzić z pozytywnym programowaniem, ale niewątpliwie, żeby stworzyć porywający projekt kulturowy, trzeba w niego zainwestować trochę wiary, wiązankę sentymentów, garść wzruszeń, szczyptę pochlebstw, nieco kiczu, sporo kompromisu, porcję patosu i mnóstwo zaangażowania. Trzeba zamienić wygodną pozycję komentatora rzeczywistości na niezręczną pozycję wizjonera. Czy mam rację, sądząc, że w ostatnim dwudziestoleciu w polskiej literaturze, w teatrze, w sztuce, w nauce, w publicystyce nikt się na to nie ośmielił?