Mamy
wreszcie lato, słońce świeci, urlop tuż, tuż. Na ulicach, w gazetach, w radiu –
wszędzie atakują nas oferty biur podróży. I choć w portfelu permanentny brak
środków płatniczych, to jednak zerkamy na propozycje organizatorów wypoczynku.
A tam promocje, obniżki, pobyt na Majorce w cenie pokoju w Małkini!
Ale
to jeszcze nic; wszystkie te apartamenty, hotele itd., to obiekty minimum
trzygwiazdkowe. Jakaż to wielka moc sprawia, że skromny pokoik gdzieś tam
awansuje do tak wysokiej rangi? Jaka siła dżedaj powoduje, że drewniana chałupa
na pięknych zresztą Mazurach staje się rezydencją? Telewizor kolorowy w pokoju!
Tak, moi mili, telewizor oznacza wysoki standard wypoczynku!
Tylko
czy na pewno tak jest? No bo czy po to, przez całe dwanaście miesięcy, marzymy
o błękitnym niebie nad szumiącym morzem, o lesie pełnym jagód, górach z
kozicami biegającymi po zboczach, żeglowaniu, wiosłowaniu i wreszcie naprawdę
świeżym powietrzu, żeby ktoś wstawił nam do tego naszego małego raju
telewizor?! Obiecujemy sobie, że wreszcie weźmiemy się za nasze pękate
brzuszki, zwiotczałe mięśnie, wygięte kręgosłupy i pozbawiony tlenu mózg, m.in.
po to, żeby móc odpocząć od polityków, wszelakich propagandowych telewizji czy
to z jednej czy drugiej strony.
Co
innego kobiety, je mogę zrozumieć, bo nie zawsze można się rozstać na dłużej z doktorem
z Leśnej Góry. Ale my, panowie, nie zostaliśmy powołani do robienia na drutach
przed telewizorem, ale do podejmowania wyzwań. Jakich? A choćby przejście z
kwatery do najbliższego baru, a to pewnie będzie prawie pięć kilometrów, no i
trzeba jeszcze z tego baru wrócić.
A
tak, ogląda człowiek różne kanały - kiedyś
były dwa i był spokój - tam namawiają go do odwiedzenia np. Wysp Kanaryjskich
czy innych egzotyków. Zafascynowany – oszczędza przez lata całe, niedojada,
spodnie nosi pocerowane – ale w końcu jedzie. Wreszcie zjawia się w tym
trzygwiazdkowym apartamencie, a tam wstawiają mu telewizor, gdzie może sobie na
jednym z kanałów obejrzeć... Wyspy Kanaryjskie czy tez inne egzotyki ;-)
A
może by tak zrezygnować z urlopu - tak zastanawiam - czy dobrze zorganizowany
weekend, dający odprężenie, nie jest przypadkiem bezpieczniejszy dla naszego
zdrowia psychicznego, niż zdradziecki dwutygodniowy urlop. Przecież podczas
dobrze zorganizowanego wypoczynku weekendu – na przykład 2 dni w spa, albo w
domku w górach, albo w jakimś dużym mieście z dokładnie zaplanowaną trasą,
tudzież nad jeziorem lub na łonie natury w lesie albo u sąsiadki na plotach -co
kto lubi – pozwolą odprężyć się, pośmiać, zresetować i jednocześnie nie dadzą
zapomnieć, że już wkrótce – trzeba iść do pracy.
Dla
przykładu piątek wieczór – odpoczynek, sobota – całkowity relaks i apogeum błogiego
odpoczynku, niedziela – domowy rosół i regeneracja po dwóch zasadniczych
wieczorach odpoczynku. A w poniedziałek taki wypoczęty człowiek z tęsknym
westchnieniem za minionym weekendem wraca do roboty, i znowu cierpi za miliony.
Ale! Żeby za miliony! Jeśli ma możliwość cierpieć choćby za 2 tysiące, to owo
cierpienie już jakoś tak można ukoić. I jakoś łatwiej się przestawić na tryb:
PRACA mając w perspektywie, że za 5 dni znów będzie weekend. A jak przejść do
porządku dziennego nad faktem, że kolejny dwutygodniowy urlop będzie za rok? Za
360 dni z hakiem?! To jest nie lada wyzwanie.
Nie
lada zdradzieckim może okazać się fakt wyjazdu na kraniec świata! Na przykład -nad
morze. A jeśli, ironią losu, wszystkie niże i wyże tak się splotą, że nawet nad
poczciwym Bałtykiem będzie piękna, słoneczna pogoda? Pół biedy, jeśli się
przechadzasz morskim brzegiem w płaszczu przeciwdeszczowym, próbując pokonać
opór powietrza wywołany wiatrem. Ale jeśli przez 14 dni niebo jest bezczelnie
niebieskie i słońce „delikatnie” przypieka? Sam parokrotnie doświadczyłem tej
anomalii pogodowej. I proszę, jeden dzień, drugi, piaty – i nagle, ni stąd ni
zowąd, człowiek jest wypoczęty, zmienia karnację na coraz bardziej a la Mohikanin
, tu i tam rybka, w międzyczasie tańce i swawole na plaży, jod, świeże
powietrze, nowe znajomości, nowe otoczenie – radość, święto, celebracja – i bum! Czas wracać!
Wtedy
to jest dopiero ciężko popakować te wszystkie zapiaszczone ręczniki, koce,
maty, parasole, parawany czy w przypadku kobiet te 20 sukienek, co się wzięło ze sobą, choć
chodziło się tylko w trzech. A jak
ciężko założyć plecak na przypalone ramiona. Ale jeszcze ciężej jest rozpakować
to wszystko w domu. Popatrzeć z nostalgią na zdjęcia, wrzucić na fejsa czy tweeta,
powzdychać, chcieć wrócić i nie móc.
Reasumując
koszmarem jest - jak urlop jest udany. Trudno się przystosować do nowej, czyli
właściwie starej, pourlopowej brutalnej rzeczywistości. W poniedziałek zwleka
człowiek z wstaniem z łóżka, tuż przed drzwiami biura ścisk w żołądku,
perspektywa wszystkich nieodebranych przez 2 tygodnie służbowych e-maili
przyprawia o lekki zawrót głowy, a i opaleniznę koledzy nie wiadomo, czy
pochwalą, bo skóra miejscami obficie zeszła. Nic, tylko stanąć i się rozbeczeć,
jeśli się nie należy do kategorii pourlopowych twardzieli.
Więc
ja tak sobie myślę, że jeżeli nie weekend a urlop – to należy go zaplanować
rozsądnie. Wybrać jakieś zagraniczne
wakacje w egzotykach z nieznanym biurem podróży, szacując tak, żeby w ostatni
dzień to biuro ogłosiło upadłość. Wypad z hotelu, godziny na lotnisku – wtedy
będzie się przeklinać urlop i fakt, że w ogóle się zdarzył. Moja znajoma tak
zakończyła swoje pierwsze zagraniczne wczasy chociaż nie do końca świadomie, i
z całą pewnością teraz może opowiadać o szczęściu początkującego. Cała w
skowronkach wróciła do pracy. Z ulgą oraz poczuciem bezpieczeństwa do służbowej
monotonii i nawet się cieszyła, że skóra po opalaniu zeszła. Bo gdzież to może
być lepiej niż w pracy!