.

.

wtorek, 30 maja 2017

O planowaniu urlopu słów kilka ...

Mamy wreszcie lato, słońce świeci, urlop tuż, tuż. Na ulicach, w gazetach, w radiu – wszędzie atakują nas oferty biur podróży. I choć w portfelu permanentny brak środków płatniczych, to jednak zerkamy na propozycje organizatorów wypoczynku. A tam promocje, obniżki, pobyt na Majorce w cenie pokoju w Małkini!
Ale to jeszcze nic; wszystkie te apartamenty, hotele itd., to obiekty minimum trzygwiazdkowe. Jakaż to wielka moc sprawia, że skromny pokoik gdzieś tam awansuje do tak wysokiej rangi? Jaka siła dżedaj powoduje, że drewniana chałupa na pięknych zresztą Mazurach staje się rezydencją? Telewizor kolorowy w pokoju! Tak, moi mili, telewizor oznacza wysoki standard wypoczynku!
Tylko czy na pewno tak jest? No bo czy po to, przez całe dwanaście miesięcy, marzymy o błękitnym niebie nad szumiącym morzem, o lesie pełnym jagód, górach z kozicami biegającymi po zboczach, żeglowaniu, wiosłowaniu i wreszcie naprawdę świeżym powietrzu, żeby ktoś wstawił nam do tego naszego małego raju telewizor?! Obiecujemy sobie, że wreszcie weźmiemy się za nasze pękate brzuszki, zwiotczałe mięśnie, wygięte kręgosłupy i pozbawiony tlenu mózg, m.in. po to, żeby móc odpocząć od polityków, wszelakich propagandowych telewizji czy to z jednej czy drugiej strony.
Co innego kobiety, je mogę zrozumieć, bo nie zawsze można się rozstać na dłużej z doktorem z Leśnej Góry. Ale my, panowie, nie zostaliśmy powołani do robienia na drutach przed telewizorem, ale do podejmowania wyzwań. Jakich? A choćby przejście z kwatery do najbliższego baru, a to pewnie będzie prawie pięć kilometrów, no i trzeba jeszcze z tego baru wrócić.
A tak,  ogląda człowiek różne kanały - kiedyś były dwa i był spokój - tam namawiają go do odwiedzenia np. Wysp Kanaryjskich czy innych egzotyków. Zafascynowany – oszczędza przez lata całe, niedojada, spodnie nosi pocerowane – ale w końcu jedzie. Wreszcie zjawia się w tym trzygwiazdkowym apartamencie, a tam wstawiają mu telewizor, gdzie może sobie na jednym z kanałów obejrzeć... Wyspy Kanaryjskie czy tez inne egzotyki ;-)
A może by tak zrezygnować z urlopu - tak zastanawiam - czy dobrze zorganizowany weekend, dający odprężenie, nie jest przypadkiem bezpieczniejszy dla naszego zdrowia psychicznego, niż zdradziecki dwutygodniowy urlop. Przecież podczas dobrze zorganizowanego wypoczynku weekendu – na przykład 2 dni w spa, albo w domku w górach, albo w jakimś dużym mieście z dokładnie zaplanowaną trasą, tudzież nad jeziorem lub na łonie natury w lesie albo u sąsiadki na plotach -co kto lubi – pozwolą odprężyć się, pośmiać, zresetować i jednocześnie nie dadzą zapomnieć, że już wkrótce – trzeba iść do pracy.
Dla przykładu piątek wieczór – odpoczynek, sobota – całkowity relaks i apogeum błogiego odpoczynku, niedziela – domowy rosół i regeneracja po dwóch zasadniczych wieczorach odpoczynku. A w poniedziałek taki wypoczęty człowiek z tęsknym westchnieniem za minionym weekendem wraca do roboty, i znowu cierpi za miliony. Ale! Żeby za miliony! Jeśli ma możliwość cierpieć choćby za 2 tysiące, to owo cierpienie już jakoś tak można ukoić. I jakoś łatwiej się przestawić na tryb: PRACA mając w perspektywie, że za 5 dni znów będzie weekend. A jak przejść do porządku dziennego nad faktem, że kolejny dwutygodniowy urlop będzie za rok? Za 360 dni z hakiem?! To jest nie lada wyzwanie.
Nie lada zdradzieckim może okazać się fakt wyjazdu na kraniec świata! Na przykład -nad morze. A jeśli, ironią losu, wszystkie niże i wyże tak się splotą, że nawet nad poczciwym Bałtykiem będzie piękna, słoneczna pogoda? Pół biedy, jeśli się przechadzasz morskim brzegiem w płaszczu przeciwdeszczowym, próbując pokonać opór powietrza wywołany wiatrem. Ale jeśli przez 14 dni niebo jest bezczelnie niebieskie i słońce „delikatnie” przypieka? Sam parokrotnie doświadczyłem tej anomalii pogodowej. I proszę, jeden dzień, drugi, piaty – i nagle, ni stąd ni zowąd, człowiek jest wypoczęty, zmienia karnację na coraz bardziej a la Mohikanin , tu i tam rybka, w międzyczasie tańce i swawole na plaży, jod, świeże powietrze, nowe znajomości, nowe otoczenie – radość, święto, celebracja  – i bum! Czas wracać!



Wtedy to jest dopiero ciężko popakować te wszystkie zapiaszczone ręczniki, koce, maty, parasole, parawany czy w przypadku kobiet  te 20 sukienek, co się wzięło ze sobą, choć chodziło się tylko w trzech.  A jak ciężko założyć plecak na przypalone ramiona. Ale jeszcze ciężej jest rozpakować to wszystko w domu. Popatrzeć z nostalgią na zdjęcia, wrzucić na fejsa czy tweeta, powzdychać, chcieć wrócić i nie móc.
Reasumując koszmarem jest - jak urlop jest udany. Trudno się przystosować do nowej, czyli właściwie starej, pourlopowej brutalnej rzeczywistości. W poniedziałek zwleka człowiek z wstaniem z łóżka, tuż przed drzwiami biura ścisk w żołądku, perspektywa wszystkich nieodebranych przez 2 tygodnie służbowych e-maili przyprawia o lekki zawrót głowy, a i opaleniznę koledzy nie wiadomo, czy pochwalą, bo skóra miejscami obficie zeszła. Nic, tylko stanąć i się rozbeczeć, jeśli się nie należy do kategorii pourlopowych twardzieli.

Więc ja tak sobie myślę, że jeżeli nie weekend a urlop – to należy go zaplanować rozsądnie. Wybrać  jakieś zagraniczne wakacje w egzotykach z nieznanym biurem podróży, szacując tak, żeby w ostatni dzień to biuro ogłosiło upadłość. Wypad z hotelu, godziny na lotnisku – wtedy będzie się przeklinać urlop i fakt, że w ogóle się zdarzył. Moja znajoma tak zakończyła swoje pierwsze zagraniczne wczasy chociaż nie do końca świadomie, i z całą pewnością teraz może opowiadać o szczęściu początkującego. Cała w skowronkach wróciła do pracy. Z ulgą oraz poczuciem bezpieczeństwa do służbowej monotonii i nawet się cieszyła, że skóra po opalaniu zeszła. Bo gdzież to może być lepiej niż w pracy!