.

.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wolnosc !

Wolność !

Jesteśmy na nią skazani.
Zapytajcie pierwsze napotkane osoby co znaczy wolność ? Ja usłyszałem same pozytywne, a czasami nieco górnolotne słowa. A to, że osławiony 1989 rok, a to że Mazowiecki, że dobro, że ideały, że rewolucja francuska... Niektórzy napomykają coś o Bogu i religii. Pewny mądry pan mówiąc o wolności myśli o swojej córce urodzonej właśnie w 1989. Mówi o niej dziecko wolności i Mazowieckiego.

Ściśle mówiąc, wolność (wg definicji znanej i uwielbianej internetowej encyklopedii) jest po prostu brakiem zniewolenia. Brzmi logicznie. Lecz ja, jako osoba znana z szukania luk wszędzie gdzie takowe mogłyby się znaleźć, znalazłem parę także i w tym przypadku. I to luk niemałych.
                                Jesteśmy ludźmi. Żyjemy razem w jednym, wielkim, społecznym superorganizmie scalonym z pojedynczych osób. A przecież stając się ludźmi każdy z nas stał się kimś konkretnym na rzecz ogółu. A ten ogół nakłada na każdego z osobna setki konwenansów, stylów zachowania, okazywania radości, gniewu i smutku, dokonywania wyborów, sposobów pracy i współpracy. Narzuca jakieś tabu.  Począwszy od codziennej toalety, poprzez pracę zarobkową i spotkania towarzyskie do chociażby tradycji i języka. To na co jesteśmy skazani rodząc się ludźmi, czasami wydaje się trochę sztuczne. I gdzie tu miejsce na zupełną odrębność? Gdzie się znajdujemy w tym tłumie? Czy to wszystko to już niewola czy jeszcze nie? Czy czasami nie nuży robienie codziennie tego samego? Czy nie czyni nas niewolnikami tego świata?
Mnie osobiście uderza trywializm niektórych czynności. Ich powtarzalność, schematyzm. Na przykład nakaz noszenia mundurków w niektórych szkołach. Tylu różnych ludzi, mających różne pasje, marzenia i rozterki. A wszyscy wyglądają nieomal tak samo!
Ciekawie byłoby obserwować osobę wolną od wszelkich ludzkich konwenansów. Biegającą nago po ulicach. Jednak z pewnością mało kto chętnie, a co więcej nieodpłatnie, zdobyłby się na tak samowolny eksperyment. Bowiem przynależność do ludzkiej gromady, taka dobrze rozumiana, jest nam niezmiernie potrzebna i obok samorealizacji - to element szczęśliwego życia, do którego usilnie się dąży. Taka jej forma podwyższa jakość życia, przynosi plony. Nadaje sens. I naprawdę nie radzę się z tym spierać. Paru ważnych badaczy chętnie pogroziłoby palcem tym, którzy mieliby inne zdanie.
                              Czasami wolność obezwładnia, doskwiera, wręcz swędzi. Sprawia ból niemal fizyczny. Co wtedy robimy? Przywiązujemy się do innych. Na rzecz lepszego samopoczucia oddajemy im swoją wolność. Tożsamość. Siebie. Człowiek pragnie poczucia bezpieczeństwa. Czasami naprawdę nie chce mieć własnego zdania. Woli przywiązać się do kogoś wręcz natrętnie, ślepo mu (lub im) zaufać, dać się prowadzić. Nie decydować. Nie odpowiadać za zło.
Nagle żołnierz staje się jednym z wielu idących na wojnę. Takie poczucie braku tożsamości przeszkadza, jednak jest dużo bezpieczniejsze, niż walka w pojedynkę i na własny rachunek. Na polu bitwy działa się niejako pod dyktando. Tam rozkaz dowódcy jest świętością. A dobro wspólne - najwyższą wartością. Znacznie wyższą niż współczucie i inne ludzkie odruchy. Nie ma miejsca na wolny wybór. Paradoksalnie. To pomaga. Poniekąd wyzwala. Klasyczny przykład bycia zniewolonym na skutek potrzeby chronienia samego siebie i co za tym idzie - utraty tożsamości: żołnierz, który na pytanie "Kim pan jest?", odpowiada: "Byłem w Iraku". "A czego pan dokonał?" - "Byłem w Iraku". "No a ile pan sypia?" No właśnie. Nie sypia. Po prostu był w Iraku.
Nie każdy jednak jest narażany na takie skrajne odłączenie od Ja. Dla mnie także dzięki Bogu są to rozważania jedynie teoretycznie. I takimi je pozostawmy.
Jednak wolność wyboru doskwiera nie tylko żołnierzom. Każdemu z nas wolność nie raz zajrzała podstępnie w oczy. Mrugnęła filuternie, kusząc i szepcząc: "Skoro jesteś wolny to..."
Pewien znany polityk powiedział kiedyś, „-że wolny człowiek w wolnym kraju ma prawo dać się rozjechać”. No właśnie. Miał rację? A co byłoby gdyby wszyscy zaczęli tak korzystać z wolności?
Czy to też jest jej element? Element wolność, jaką wszyscy chcielibyśmy znać? Czy naprawdę potrzebujemy dawać się rozjeżdżać czołgom i biegać tłumnie nago po ulicach?
Powtórzę. Ja nie podejmę się takiego eksperymentu. I nie dlatego, że się boję, czy krępuję.
Co z tego, że będę wolny, skoro zmuszę innych do patrzenia na moje niedoskonałości. Pokażę im całą swoją osobę wzdłuż, wszerz i do głębi. A skazując na tą swoją wydumaną wolność zrobię im krzywdę (oczywiście niektórych jedynie rozśmieszę, lub zniesmaczę). Wolność to nie tak, że dam się rozjechać (nago) wyżej wymienionym czołgom, jeśli akurat będę miał na to ochotę.
Konkludując, ta cała wolność jest nader dziwna. Raz ją kochamy, raz nienawidzimy.
Ba! Za samo słowo wolność umarły miliony. Każda wolność kończy się podobno tam, gdzie zaczyna się wolność innych. Mówimy o niej często i chętnie. Zasłaniamy się nią i o nią prosimy.

I tak już od lat. Ale wolność wciąż jest w cenie. Podobno najsłynniejsze dzieło Eugene Delacroix pt. "Wolność wiodąca lud na barykady", przed osadzeniem w Luwrze, zostało kupione przez rząd francuski za 3 tysiące franków. Cóż. Wolności nie kupimy. Ale obraz zawsze można.
Rowerzyści  odnogi społeczeństwa .

                              Jako ( zacznę tak wbrew wszelkim zasadom i ku przerażeniu mojej byłej  Pani Profesor Polonistki Krystynie J. która tocząc ze mną „ nierówną ” walkę o polubienie polskiego – wygrała  J ) , że mam od paru dni zepsuty mój wiekowy i bardzo leciwy automobil czego efektem było - przesiąść się na jakże ekologiczny środek lokomocji jakim jest mój również leciwy rower dziś będzie o rowerzystach.  Odbiegając nieco od tematu -  rower określa się jako najbardziej demokratyczny środek transportu? Dzięki niemu elegancki biznesmen zmierzający do biura w szklanym molochu i student jadący na zajęcia w wytartych dżinsach wreszcie znajdują się na tym samym poziomie. Bez względu na cenę roweru, jego jakość i ilość podejrzanych skrzypnięć dobiegających z łańcucha, mało kto czuje się gorszy (a poczucie wyższości u co poniektórych jest zwykle bezpodstawne).

Jeździmy  więc teraz z moim juniorem na rowerach i obserwujemy ten „światek” z dość przyjemnej i ciekawej perspektywy. Kiedy przyglądam się  temu bliżej zauważyłem , że  tak jak i w ogólnie pojętym społeczeństwie tworzą się mniejsze lub większe podgrupy, tak i światek rowerowy podzielony jest na subkultury. Mamy więc -niedzielnych rowerzystów, którzy wytaczają się w obcisłych strojach tylko w weekendy, jeżeli akurat mają czas rano ogolić nogi przed jazdą, mamy dzieciaki na rowerach z marketów śmigające między blokowiskami na sprzęcie który nie budzi więcej zaufania niż rosyjski handlarz bronią, miłośników BMXów w ogromnych czapkach z płaskim parasolem czyt. daszkiem, amatorów młodych sportów takich jak dirt czy street, panie na holendrach z koszykami na kierownicy i menadżerów średniego szczebla na karbonowych ramach droższych niż samochody ich żon (Ech ..).

Każda z tych grup, które mniej lub bardziej wyraźniej wykształciły się jako odnogi rowerowego społeczeństwa może być opisana jako istniejący świadomie kolektyw ludzi, którzy rzeczywiście się znają lub jako zjawisko wynikające z mody na tak zwane zielone środki transportu. Pod względem spójności danej grupy i jej rzeczywistej demokratyzacji  nic nie może się jednak równać z ideą tzw. „DH-ławki”.
Dla nieuświadomionych istnienia subkultury wariatów zasuwających w dół stoków (u nas jedynie leśnej górki L ) po korzeniach i kamieniach pozwolę sobie przytoczyć definicję z niezwykle opiniotwórczego „blacharskiego” tygodnika „B”, gdzie w artykule o tym „jak wyhaczyć kolesia uprawiającego ekstremalne sporty” padają następujące słowa: „downhillowcy – czyli kolesie z wiecznym obłędem w oczach szukający non stop wzrokiem góry z której mogliby zjechać lub pagóra do polatania nad nim. Ich rowery (a właściwie maszyneria na grubych kołach z wielkimi amortyzatorami) i oni – są zespoleni w emocjonalną całość. Często są samotnikami, bo jak się domyślasz, nie ma zbyt wielu ludzi czerpiący energię do życia w trakcie adrenalinowych karkołomnych zjazdów.”

Nic bardziej mylnego! Przy każdej trasie zjazdowej znajduje się zawsze ławka lub „DH-ławka” , przy której można przycupnąć przed kolejnym zjazdem, posilić się, pogadać o sprzęcie i codziennych problemach.
Zjawisko społeczne jakim jest wspomniana ławka pewnie nigdy nie doczeka się sensownych opracowań, jako że większość „downhillowców” prędzej skończy w szpitalu ze skomplikowanym urazem kręgosłupa niż zabierze się za monografię dotyczącą tematyki na owej ławce poruszanej, warto więc nieco nakreślić schemat jego działania.

                        Otóż po przybyciu na miejsce każdy rowerzysta wita się z kumplami uściskiem dłoni lub klasycznym już „klejeniem żółwika”. Następnie osoby które po raz pierwszy widzą jego rower komentują jego jakość, doświadczenia z nimi zarówno własne, jak i kolegów. Rzadko jednak zdarzają się komentarze w stylu „wymień ten szajs” gdyż najważniejsza jest zasada że nie ważne na czym, ale jak jeździsz.
Następnie zaczyna się praca w podgrupach, poruszane tematy przenikają jednak drogą dyfuzji by łączyć i rozdzielać kolejne „stadka”. Wszyscy, którzy chcą się wypowiedzieć, mają takie samo prawo głosu, bez względu na to, czy mają 15 lat, czy 40 (przypadek autora J ), w tym wypadku bowiem każdy postrzegany jest przez pryzmat swoich umiejętności oraz szacunku, jaki zdobył w grupie np. trafnie wypowiadając się o jakości nowych modeli hamulców lub przewidując wyniki kolejnej rundy Pucharu Świata w Zjeździe – za żadnym z wymienionych tematów nie nadążam :-P .
Wreszcie zgromadzeni ubierają zawleczone na miejsce ochraniacze i ładują się na początek trasy, by móc z niej zjechać i powrócić na ławeczkę. Chociaż wiadomo, że to trasa i znajdujące się na niej przeszkody są najważniejszą atrakcją, to jednak wokół ławki toczy się większość wydarzeń danego dnia.
Sama w sobie ławka może być zarówno przeniesioną z pobliskiego parku ławą, kawałkiem drewna czy stołem z ogródka piwnego, niekiedy jej istnienie jest raczej sprawą umowną i mamy do czynienia raczej z punktem niż obiektem meblopodobnym.
Wreszcie trasa weryfikuje wszystkie wygłaszane wcześniej opinie na temat stylu jazdy, własnych umiejętności, przy powrocie na ławkę można spodziewać się jednak tylko aplauzu, ew. kilku cennych rad na temat poprawienia techniki zsuwania się, przelatywania  po lub nad  kolejnych przeszkodach. Ostracyzm stosowany jest rzadko, lepiej bowiem jeździć z kimś, kogo się nawet nie lubi niż samemu – w pojedynkę trudniej wybrać numer na pogotowie w razie otwartego złamania przedramienia, prawda?
Mimo, iż wokół ławki obracają się zwykle sami mężczyźni, to zachowują się oni, jakby wzdłuż trasy czekały roznegliżowane modelki – prężą się, wytężają, dokręcają korbami jak tylko się da, aby okazać się jak najbardziej samczymi z samców. Z jednej strony wynika to z przyjemności czerpanej ze zjazdu na pełen gwizdek, z drugiej jednak na pewno podłożem tego jest chęć bycia najsilniejszym, najszybszym i najlepiej jeżdżącym spośród zgromadzonych przy ławce. Ma to sens.
I chociaż każdy kto jeździ zamiast tylko gadać o jeżdżeniu może liczyć na szacunek, pomoc i wsparcie -to prawdziwy „szacun” mają ci, którzy nie dość, że są pomocni, zabawni, mili i otwarci dla wszystkich, to jeszcze mówiąc oględnie - wymiatają na trasie.

Właściwie więc z jednej strony otrzymujemy przykład grupy hermetycznej w której pozornie wszyscy są równi, z drugiej wygląda na to, że bliżej zgromadzonym wokół ławki do stada, które najwybitniejsze jednostki otacza pewnego rodzaju „aura szacunku”.


Mimo wszystko jednak ta  subkultura jest fajna , musi wspierać się nawzajem chociażby w celach praktycznych (ja pożyczę ci klucz, który akurat mam w plecaku, ty dasz mi olej do amortyzatora w przyszły weekend) wydaje mi się , że lepszym wyjściem jest spędzanie czasu z osobami z którymi czujemy przynależność do jakiejś tam grupy, niż zniewieściali chłopcy w przyciasnych lub wulgarni z wiszącymi na dupie  dżinsach spożywających piwsko pod „zielonym” sklepem .  Oni nie dewastują witryn sklepowych, tylko kręcą korbami żeby pokonać trasę jeszcze szybciej. I tu rada dla dziewczyn - w końcu skoro chłopak potrafi wymienić uszczelkę w amortyzatorze, to i w kranie da radę J . Pełny szacun dla Was chłopaki.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Jak się rozpoznać ? !

W dzisiejszych czasach coraz trudniej dogłębnie, prawdziwie poznać drugą osobę. Zastanawiam się często czy  jest to jeszcze w ogóle możliwe? Funkcjonując na co dzień w przeróżnych środowiskach, mam wrażenie, ze nie spotykam ludzi z krwi i kości. Otaczają mnie raczej jakieś persony… (oczywiście nie pisze o moich przyjaciołach, przyjaciółkach) Tu należałoby umieścić odautorską definicję tegoż określenia. Nie zamierzając jednak nikomu ułatwiać odpowiedzi na pytanie typu: „Co autor chciał powiedzieć?” - nie zrobię tego.

                         Z autopsji i obserwacji moich dwóch czworonożnych przyjaciół zauważyłem , że ludzki zapach został wyparty. To, na podstawie czego większość informacji o danym osobniku uzyskują zwierzęta (do których, jakkolwiek byśmy temu zaprzeczali, człowiek też należy) zostało totalnie zafałszowane. Może z tego właśnie wynikają tak liczne nieporozumienia pomiędzy przedstawicielami naszego gatunku? Ewolucyjnie pracujące umysły interpretują zapach osoby, tworząc w ten sposób obraz aktualnego stanu ducha danej jednostki. Zamieszanie polega na tym, że w obecnych czasach bodźce trafiające do naszych receptorów są totalnie przekłamujące, syntetyczne, nie mają nic wspólnego z rzeczywistym, naturalnym stanem. Kanał No. 5 zawsze będzie pachniał kanałem… Oczywiście to powyższe stwierdzenie jest szeroko rozumianą przenośnią (chyba nikt by nie chciał w rzeczywistości czuć drugiego osobnika -   mam nadzieję, że rozumiecie ;-)   )
Idźmy dalej… tym tropem ;-)  Kolejne potencjalne źródło informacji – wygląd. Obserwowanie aparycji dostarcza danych na temat osobnika. I tu również z obserwacji  zachowań moich futrzaków -  Czy się stroszy? Czy ma zdrową sierść? Czy szczerzy kły? Opierając się jednak na tym kryterium totalnie głupieję, widząc identycznie wyglądające jednostki, znajdujące się, co z czasem wychodzi,  w skrajnie różnych stanach emocjonalnych. Wszystkie są tak samo uczesane (zgodnie z obowiązującą modą), tak samo (żurnalowo) ubrane, mają ten sam wyraz twarzy (a dokładniej rzecz ujmując, ich twarze nie mają żadnego wyrazu – to tak jak w Gombrowiczu ! ) . Wyrażenie „wyglądasz nie do poznania” nabiera w kontekście tego wszystkiego nowego, ogromnego znaczenia….
Ok, nie poddając się przyklaskuję powiedzeniu, że liczy się to co w środku („nie szata zdobi człowieka” i takie tam…). Sprawą oczywistą jest brak możliwości zrobienia sekcji wnętrzności – ech zbyt dużo zajęć z anatomii ;-) . Może i dowiedzielibyśmy się w końcu czegoś o danym osobniku, lecz byłaby to idealna egzemplifikacja zwrotu „martwa wiedza”.
Pozostaje więc nam użycie kolejnego zmysłu – słuchu. I tu sprawa wydaje się budzić optymizm. Czy jednak oby na pewno uzasadniony…? Pytanie podstawowe – czy wiarygodnym źródłem wiedzy dotyczącej esencji danej jednostki, rzeczywiście jest narząd mowy (narząd gębowy - przekładając na świat zwierząt – to z mojej strony już chyba zboczenie )? O ile słysząc ryk lwa nikt nie może mieć wątpliwości co do jego intencji ( tu sprostuję , że owe ryki są w rzeczywistości różne i komunikują różne stany emocjonalne danego osobnika) , tak w przypadku homo sapiens sprawa nie jest tak oczywista. Zakładając, że ktoś nawet posiada zdolność składnego werbalizowania swych myśli, moje obawy budzi słuszność słowa „swych” użytego w tym zdaniu... A może nazwę sprawę inaczej – wydaje mi się, że mało kto jest w posiadaniu praw autorskich do tego, co wypowiada. Najbardziej powszechny proceder plagiatu na świecie! Jednocześnie wszem i wobec akceptowany! Co więcej – czy nie jest absurdem fakt, że największym poklaskiem i chwałą obdarzani są ci, którzy potrafią
uprawiać wspomniane „piractwo słowne”, korzystając z jak największej ilości oryginałów? Kiedy ktoś posiądzie tę, jakże chlubną umiejętność, wówczas nadaje się mu tytuły naukowe, przyodziewa w gronostaje i inne z gatunku gryzoni… ( oczywiście kolejna przenośnia – nie mordujmy tych nie winnych zwierząt !!! )
Pozwólcie, że kwestię pozyskiwania wiedzy na czyjś temat na podstawie smaku pozostawię bez komentarza… :-P
Jedyna więc nadzieja w dotyku!  Hmm …. ;-) Na początku muszę jednak otwarcie powiedzieć, iż marna to szansa… Niezbędnym elementem uzyskiwania jakichkolwiek informacji jest przystępność danych. Biorąc pod uwagę, że nawet przypadkowy kontakt fizyczny - ot, przelotne muśnięcie w zatłoczonym autobusie, ciasnym busie „F”   - odbierany jest jak bezprecedensowy atak, bezczelne naruszenie godności osobistej, powoduje odcięcie na starcie wszelkich ścieżek dostępu poprzez ten zmysł…
Wśród tabunów powiedzeń ludowych, często niemających żadnego odniesienia do rzeczywistości, znalazłem jednak jedno, którego autentyczności nie zamierzam podważać: „Oczy są zwierciadłem duszy”.
Zwarta skorupa, stanowiąca zabezpieczenie przed tym - jakże złym - światem (telewizja przecież nie kłamie…) ma, na szczęście, wspomnianą w cytacie rysę. Pęknięcie, przez które sączy się strumień prawdy o człowieku (czy tego chce, czy nie). Coś nie do podrobienia, wyuczenia, zmanipulowania.
Nie! Nie pokazuj mi swoich ubrań, książek, domu…! Nic mi po tym! Spójrz mi w oczy, a powiem ci jakim jesteś człowiekiem!
Wielka szkoda, że wzrok większości ludzi wycelowany jest w centralny punkt czubka ich własnego nosa… (ewentualnie - co u pokorniejszych – w czubek ich buta).

Wielka również szkoda , że z czasem okazuje się że myliliśmy się co do rzekomo dobrze nam znanych ludzi. I tu całe moje „wywody” poszły na „marne”  :-P  …….