.

.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rowerzyści  odnogi społeczeństwa .

                              Jako ( zacznę tak wbrew wszelkim zasadom i ku przerażeniu mojej byłej  Pani Profesor Polonistki Krystynie J. która tocząc ze mną „ nierówną ” walkę o polubienie polskiego – wygrała  J ) , że mam od paru dni zepsuty mój wiekowy i bardzo leciwy automobil czego efektem było - przesiąść się na jakże ekologiczny środek lokomocji jakim jest mój również leciwy rower dziś będzie o rowerzystach.  Odbiegając nieco od tematu -  rower określa się jako najbardziej demokratyczny środek transportu? Dzięki niemu elegancki biznesmen zmierzający do biura w szklanym molochu i student jadący na zajęcia w wytartych dżinsach wreszcie znajdują się na tym samym poziomie. Bez względu na cenę roweru, jego jakość i ilość podejrzanych skrzypnięć dobiegających z łańcucha, mało kto czuje się gorszy (a poczucie wyższości u co poniektórych jest zwykle bezpodstawne).

Jeździmy  więc teraz z moim juniorem na rowerach i obserwujemy ten „światek” z dość przyjemnej i ciekawej perspektywy. Kiedy przyglądam się  temu bliżej zauważyłem , że  tak jak i w ogólnie pojętym społeczeństwie tworzą się mniejsze lub większe podgrupy, tak i światek rowerowy podzielony jest na subkultury. Mamy więc -niedzielnych rowerzystów, którzy wytaczają się w obcisłych strojach tylko w weekendy, jeżeli akurat mają czas rano ogolić nogi przed jazdą, mamy dzieciaki na rowerach z marketów śmigające między blokowiskami na sprzęcie który nie budzi więcej zaufania niż rosyjski handlarz bronią, miłośników BMXów w ogromnych czapkach z płaskim parasolem czyt. daszkiem, amatorów młodych sportów takich jak dirt czy street, panie na holendrach z koszykami na kierownicy i menadżerów średniego szczebla na karbonowych ramach droższych niż samochody ich żon (Ech ..).

Każda z tych grup, które mniej lub bardziej wyraźniej wykształciły się jako odnogi rowerowego społeczeństwa może być opisana jako istniejący świadomie kolektyw ludzi, którzy rzeczywiście się znają lub jako zjawisko wynikające z mody na tak zwane zielone środki transportu. Pod względem spójności danej grupy i jej rzeczywistej demokratyzacji  nic nie może się jednak równać z ideą tzw. „DH-ławki”.
Dla nieuświadomionych istnienia subkultury wariatów zasuwających w dół stoków (u nas jedynie leśnej górki L ) po korzeniach i kamieniach pozwolę sobie przytoczyć definicję z niezwykle opiniotwórczego „blacharskiego” tygodnika „B”, gdzie w artykule o tym „jak wyhaczyć kolesia uprawiającego ekstremalne sporty” padają następujące słowa: „downhillowcy – czyli kolesie z wiecznym obłędem w oczach szukający non stop wzrokiem góry z której mogliby zjechać lub pagóra do polatania nad nim. Ich rowery (a właściwie maszyneria na grubych kołach z wielkimi amortyzatorami) i oni – są zespoleni w emocjonalną całość. Często są samotnikami, bo jak się domyślasz, nie ma zbyt wielu ludzi czerpiący energię do życia w trakcie adrenalinowych karkołomnych zjazdów.”

Nic bardziej mylnego! Przy każdej trasie zjazdowej znajduje się zawsze ławka lub „DH-ławka” , przy której można przycupnąć przed kolejnym zjazdem, posilić się, pogadać o sprzęcie i codziennych problemach.
Zjawisko społeczne jakim jest wspomniana ławka pewnie nigdy nie doczeka się sensownych opracowań, jako że większość „downhillowców” prędzej skończy w szpitalu ze skomplikowanym urazem kręgosłupa niż zabierze się za monografię dotyczącą tematyki na owej ławce poruszanej, warto więc nieco nakreślić schemat jego działania.

                        Otóż po przybyciu na miejsce każdy rowerzysta wita się z kumplami uściskiem dłoni lub klasycznym już „klejeniem żółwika”. Następnie osoby które po raz pierwszy widzą jego rower komentują jego jakość, doświadczenia z nimi zarówno własne, jak i kolegów. Rzadko jednak zdarzają się komentarze w stylu „wymień ten szajs” gdyż najważniejsza jest zasada że nie ważne na czym, ale jak jeździsz.
Następnie zaczyna się praca w podgrupach, poruszane tematy przenikają jednak drogą dyfuzji by łączyć i rozdzielać kolejne „stadka”. Wszyscy, którzy chcą się wypowiedzieć, mają takie samo prawo głosu, bez względu na to, czy mają 15 lat, czy 40 (przypadek autora J ), w tym wypadku bowiem każdy postrzegany jest przez pryzmat swoich umiejętności oraz szacunku, jaki zdobył w grupie np. trafnie wypowiadając się o jakości nowych modeli hamulców lub przewidując wyniki kolejnej rundy Pucharu Świata w Zjeździe – za żadnym z wymienionych tematów nie nadążam :-P .
Wreszcie zgromadzeni ubierają zawleczone na miejsce ochraniacze i ładują się na początek trasy, by móc z niej zjechać i powrócić na ławeczkę. Chociaż wiadomo, że to trasa i znajdujące się na niej przeszkody są najważniejszą atrakcją, to jednak wokół ławki toczy się większość wydarzeń danego dnia.
Sama w sobie ławka może być zarówno przeniesioną z pobliskiego parku ławą, kawałkiem drewna czy stołem z ogródka piwnego, niekiedy jej istnienie jest raczej sprawą umowną i mamy do czynienia raczej z punktem niż obiektem meblopodobnym.
Wreszcie trasa weryfikuje wszystkie wygłaszane wcześniej opinie na temat stylu jazdy, własnych umiejętności, przy powrocie na ławkę można spodziewać się jednak tylko aplauzu, ew. kilku cennych rad na temat poprawienia techniki zsuwania się, przelatywania  po lub nad  kolejnych przeszkodach. Ostracyzm stosowany jest rzadko, lepiej bowiem jeździć z kimś, kogo się nawet nie lubi niż samemu – w pojedynkę trudniej wybrać numer na pogotowie w razie otwartego złamania przedramienia, prawda?
Mimo, iż wokół ławki obracają się zwykle sami mężczyźni, to zachowują się oni, jakby wzdłuż trasy czekały roznegliżowane modelki – prężą się, wytężają, dokręcają korbami jak tylko się da, aby okazać się jak najbardziej samczymi z samców. Z jednej strony wynika to z przyjemności czerpanej ze zjazdu na pełen gwizdek, z drugiej jednak na pewno podłożem tego jest chęć bycia najsilniejszym, najszybszym i najlepiej jeżdżącym spośród zgromadzonych przy ławce. Ma to sens.
I chociaż każdy kto jeździ zamiast tylko gadać o jeżdżeniu może liczyć na szacunek, pomoc i wsparcie -to prawdziwy „szacun” mają ci, którzy nie dość, że są pomocni, zabawni, mili i otwarci dla wszystkich, to jeszcze mówiąc oględnie - wymiatają na trasie.

Właściwie więc z jednej strony otrzymujemy przykład grupy hermetycznej w której pozornie wszyscy są równi, z drugiej wygląda na to, że bliżej zgromadzonym wokół ławki do stada, które najwybitniejsze jednostki otacza pewnego rodzaju „aura szacunku”.


Mimo wszystko jednak ta  subkultura jest fajna , musi wspierać się nawzajem chociażby w celach praktycznych (ja pożyczę ci klucz, który akurat mam w plecaku, ty dasz mi olej do amortyzatora w przyszły weekend) wydaje mi się , że lepszym wyjściem jest spędzanie czasu z osobami z którymi czujemy przynależność do jakiejś tam grupy, niż zniewieściali chłopcy w przyciasnych lub wulgarni z wiszącymi na dupie  dżinsach spożywających piwsko pod „zielonym” sklepem .  Oni nie dewastują witryn sklepowych, tylko kręcą korbami żeby pokonać trasę jeszcze szybciej. I tu rada dla dziewczyn - w końcu skoro chłopak potrafi wymienić uszczelkę w amortyzatorze, to i w kranie da radę J . Pełny szacun dla Was chłopaki.