Rowerzyści odnogi społeczeństwa .
Jako (
zacznę tak wbrew wszelkim zasadom i ku przerażeniu mojej byłej Pani Profesor Polonistki Krystynie J. która
tocząc ze mną „ nierówną ” walkę o polubienie polskiego – wygrała J ) , że mam od paru dni zepsuty mój
wiekowy i bardzo leciwy automobil czego efektem było - przesiąść się na jakże
ekologiczny środek lokomocji jakim jest mój również leciwy rower dziś będzie o
rowerzystach. Odbiegając nieco od tematu
- rower określa się jako najbardziej
demokratyczny środek transportu? Dzięki niemu elegancki biznesmen zmierzający
do biura w szklanym molochu i student jadący na zajęcia w wytartych dżinsach
wreszcie znajdują się na tym samym poziomie. Bez względu na cenę roweru, jego
jakość i ilość podejrzanych skrzypnięć dobiegających z łańcucha, mało kto czuje
się gorszy (a poczucie wyższości u co poniektórych jest zwykle bezpodstawne).
Jeździmy więc teraz z moim juniorem na rowerach i
obserwujemy ten „światek” z dość przyjemnej i ciekawej perspektywy. Kiedy
przyglądam się temu bliżej zauważyłem ,
że tak jak i w ogólnie pojętym
społeczeństwie tworzą się mniejsze lub większe podgrupy, tak i światek rowerowy
podzielony jest na subkultury. Mamy więc -niedzielnych rowerzystów, którzy
wytaczają się w obcisłych strojach tylko w weekendy, jeżeli akurat mają czas
rano ogolić nogi przed jazdą, mamy dzieciaki na rowerach z marketów śmigające
między blokowiskami na sprzęcie który nie budzi więcej zaufania niż rosyjski
handlarz bronią, miłośników BMXów w ogromnych czapkach z płaskim parasolem
czyt. daszkiem, amatorów młodych sportów takich jak dirt czy street, panie na
holendrach z koszykami na kierownicy i menadżerów średniego szczebla na
karbonowych ramach droższych niż samochody ich żon (Ech ..).
Każda z tych
grup, które mniej lub bardziej wyraźniej wykształciły się jako odnogi
rowerowego społeczeństwa może być opisana jako istniejący świadomie kolektyw
ludzi, którzy rzeczywiście się znają lub jako zjawisko wynikające z mody na tak
zwane zielone środki transportu. Pod względem spójności danej grupy i jej
rzeczywistej demokratyzacji nic nie może
się jednak równać z ideą tzw. „DH-ławki”.
Dla
nieuświadomionych istnienia subkultury wariatów zasuwających w dół stoków (u
nas jedynie leśnej górki L ) po korzeniach i kamieniach pozwolę sobie przytoczyć
definicję z niezwykle opiniotwórczego „blacharskiego” tygodnika „B”, gdzie w
artykule o tym „jak wyhaczyć kolesia uprawiającego ekstremalne sporty” padają
następujące słowa: „downhillowcy – czyli kolesie z wiecznym obłędem w oczach
szukający non stop wzrokiem góry z której mogliby zjechać lub pagóra do
polatania nad nim. Ich rowery (a właściwie maszyneria na grubych kołach z
wielkimi amortyzatorami) i oni – są zespoleni w emocjonalną całość. Często są samotnikami,
bo jak się domyślasz, nie ma zbyt wielu ludzi czerpiący energię do życia w
trakcie adrenalinowych karkołomnych zjazdów.”
Nic bardziej
mylnego! Przy każdej trasie zjazdowej znajduje się zawsze ławka lub „DH-ławka” ,
przy której można przycupnąć przed kolejnym zjazdem, posilić się, pogadać o
sprzęcie i codziennych problemach.
Zjawisko
społeczne jakim jest wspomniana ławka pewnie nigdy nie doczeka się sensownych
opracowań, jako że większość „downhillowców” prędzej skończy w szpitalu ze
skomplikowanym urazem kręgosłupa niż zabierze się za monografię dotyczącą
tematyki na owej ławce poruszanej, warto więc nieco nakreślić schemat jego
działania.
Otóż po
przybyciu na miejsce każdy rowerzysta wita się z kumplami uściskiem dłoni lub
klasycznym już „klejeniem żółwika”. Następnie osoby które po raz pierwszy widzą
jego rower komentują jego jakość, doświadczenia z nimi zarówno własne, jak i
kolegów. Rzadko jednak zdarzają się komentarze w stylu „wymień ten szajs” gdyż
najważniejsza jest zasada że nie ważne na czym, ale jak jeździsz.
Następnie
zaczyna się praca w podgrupach, poruszane tematy przenikają jednak drogą
dyfuzji by łączyć i rozdzielać kolejne „stadka”. Wszyscy, którzy chcą się
wypowiedzieć, mają takie samo prawo głosu, bez względu na to, czy mają 15 lat,
czy 40 (przypadek autora J ), w tym wypadku bowiem każdy postrzegany jest przez pryzmat
swoich umiejętności oraz szacunku, jaki zdobył w grupie np. trafnie
wypowiadając się o jakości nowych modeli hamulców lub przewidując wyniki
kolejnej rundy Pucharu Świata w Zjeździe – za żadnym z wymienionych tematów nie
nadążam :-P .
Wreszcie
zgromadzeni ubierają zawleczone na miejsce ochraniacze i ładują się na początek
trasy, by móc z niej zjechać i powrócić na ławeczkę. Chociaż wiadomo, że to
trasa i znajdujące się na niej przeszkody są najważniejszą atrakcją, to jednak
wokół ławki toczy się większość wydarzeń danego dnia.
Sama w sobie
ławka może być zarówno przeniesioną z pobliskiego parku ławą, kawałkiem drewna
czy stołem z ogródka piwnego, niekiedy jej istnienie jest raczej sprawą umowną
i mamy do czynienia raczej z punktem niż obiektem meblopodobnym.
Wreszcie
trasa weryfikuje wszystkie wygłaszane wcześniej opinie na temat stylu jazdy,
własnych umiejętności, przy powrocie na ławkę można spodziewać się jednak tylko
aplauzu, ew. kilku cennych rad na temat poprawienia techniki zsuwania się,
przelatywania po lub nad kolejnych przeszkodach. Ostracyzm stosowany
jest rzadko, lepiej bowiem jeździć z kimś, kogo się nawet nie lubi niż samemu –
w pojedynkę trudniej wybrać numer na pogotowie w razie otwartego złamania
przedramienia, prawda?
Mimo, iż
wokół ławki obracają się zwykle sami mężczyźni, to zachowują się oni, jakby
wzdłuż trasy czekały roznegliżowane modelki – prężą się, wytężają, dokręcają
korbami jak tylko się da, aby okazać się jak najbardziej samczymi z samców. Z
jednej strony wynika to z przyjemności czerpanej ze zjazdu na pełen gwizdek, z
drugiej jednak na pewno podłożem tego jest chęć bycia najsilniejszym,
najszybszym i najlepiej jeżdżącym spośród zgromadzonych przy ławce. Ma to sens.
I chociaż
każdy kto jeździ zamiast tylko gadać o jeżdżeniu może liczyć na szacunek, pomoc
i wsparcie -to prawdziwy „szacun” mają ci, którzy nie dość, że są pomocni,
zabawni, mili i otwarci dla wszystkich, to jeszcze mówiąc oględnie - wymiatają
na trasie.
Właściwie
więc z jednej strony otrzymujemy przykład grupy hermetycznej w której pozornie
wszyscy są równi, z drugiej wygląda na to, że bliżej zgromadzonym wokół ławki
do stada, które najwybitniejsze jednostki otacza pewnego rodzaju „aura szacunku”.
Mimo
wszystko jednak ta subkultura jest fajna
, musi wspierać się nawzajem chociażby w celach praktycznych (ja pożyczę ci
klucz, który akurat mam w plecaku, ty dasz mi olej do amortyzatora w przyszły
weekend) wydaje mi się , że lepszym wyjściem jest spędzanie czasu z osobami z
którymi czujemy przynależność do jakiejś tam grupy, niż zniewieściali chłopcy w
przyciasnych lub wulgarni z wiszącymi na dupie dżinsach spożywających piwsko pod „zielonym”
sklepem . Oni nie dewastują witryn
sklepowych, tylko kręcą korbami żeby pokonać trasę jeszcze szybciej. I tu rada
dla dziewczyn - w końcu skoro chłopak potrafi wymienić uszczelkę w amortyzatorze,
to i w kranie da radę J . Pełny szacun dla Was chłopaki.