Praca nad ……… szczęściem.
Kto ma więcej
wprawy w załamywaniu rąk, niż w zakasywaniu rękawów? Przyznać się.
Słowo „praca’ występujące w jednym zdaniu ze słowem
„szczęście” raczej nie wzbudza sympatii. Dzieje się wręcz przeciwnie – ciarki
pojawiające się plecach, raczej nie są objawem chęci podjęcia wyzwania, lecz
pewnego rodzaju alergii. Przecież jedno wyklucza drugie. No bo jak to, żeby nad
szczęściem trzeba było pracować?
Chyba nikt nie
zaprzeczy, że ludzie nie są szczęśliwi z własnego powodu i co gorsza, na własne
życzenie. Choć chyba bardziej z powodu braku życzeń składanych samemu sobie.
Wykonują te swoje rutynowe zadania, które muszą zrobić bo kasa, bo ktoś coś
znowu chce, bo takie zakichane życie jest. Nastawienie przy tym jest iście
żałosne – roszczeniowa poza w oczekiwaniu na cud. Jeśli tylko coś nie wychodzi,
zaraz znajduje się winny, któremu makaron oskarżeń na uszy za całe nasze zło.
(Autopsja) A jeżeli właściciel tych uszu jest choć trochę empatyczny, to trzeba
skrępować naiwniaka tą całą osobistą frustracją i wprowadzić w poczucie winy za
nasz własny los. Oj, jak zły nastrój wirusowe ma możliwości. Jedno takie ponure
kichnięcie osoby leniwej na szczęście, a już cała gromada popada w marazm i
poczucie beznadziejności. Że też nikt rozwiązań nie lubi szukać. No tak, to
byłaby praca. Mamy impas. Z jednej strony problem, z drugiej jego rozwiązanie,
tylko ta słoma pali się tak krótko. Najwięcej jest wyznawców polityki
niewidzialnej ręki losu. Nie ma to jak skomleć w stronie biernej, np. o pechu,
który się tak mocno trzyma, szczególnie lewej nogi o poranku w sypialni . Można
by rzec, takim po imieniu, że to iście ofiary losu są. Ale tylko spróbuj użyć
tego epitetu, a dowiesz się jak mocno potrafi się jeden z drugim zaangażować, choćby
w obrażanie Cię za to, że stwierdziłeś fakt. Wtedy praca pali się ogniem całych
zasobów gazowych Federacji Rosyjskiej ( Mówią że już nie długo). Pomysłów na
dopieczenie bliźniemu nie zabraknie, a i inicjatywa jest. Cywilizacja ludzi
leniwych woli bardziej poprawne stwierdzenie, że szczęście jak zwykle kogoś ominęło, że czepka
zabrakło. Tak, szczęście miało własną wolę i nie chciało mieć z tą osobą nic
wspólnego, a do tego zezowate jest i trafić nie może. Przy tym wszystkim nader
rzuca się w oczy nieumiejętność radzenia sobie ze szczęściem, szczególnie osób
trzecich. Prędzej świnie zaczną latać, zanim mu pogratuluję. Taki syndrom
umniejszania szczęścia dotyczy także szczęścia własnego. Bo któż czasem nie
powie -to był fuks, nie ma się czym chwalić etc. Tego i innego typu frazesy
celowo dewaluujące pozytywne odczucia mają tylko jedno zadanie – danie
publicznego świadectwa swojego braku szczęścia. No bo przecież jak się ktoś
dowie, że bliźni żyje sobie jak pączek w maśle, to nie tylko to masło, ale i nadzienie
mu ukradnie. I tak, po dniu pełnym sukcesów, na spotkaniu przy piwku, lepiej
opowiedzieć o korkach, bo przynajmniej następnego dnia z rana będzie sam kac,
bez czkawki (!)
Każdy wie, że trening czyni mistrza, jednak jak
zostać mistrzem szczęścia, gdy nie ma społecznego przyzwolenia na jego trening.
W przestrzeni publicznej, tego rodzaju dyscyplina jest równie odrażająca jak
ekshibicjonizm i grozi separacją towarzyską. Rozwiązania są dwa. Pierwsze, choć
to w zasadzie nie jest rozwiązanie, dedykowane jest leniwym - to załamać ręce i
czekać, choć doprawdy nie wiem na co. Drugie i jedyne, to zakasać rękawy i do
roboty. Styl dowolny, cel – szczęście. A gdy zostanie się mistrzem, uczyć
innych, bo jak powiedział A.Balling „Radość jest jak kamień rzucony do wody –
zatacza coraz większe kręgi”. Tylko ktoś musi rzucić ten pierwszy kamień i nie
mam na myśli tego biblijnego. Tak więc pracujmy, pracujmy i jeszcze raz
pracujmy J
. Bo szczęście równa się zdrowie.