Święty spokój …
Popołudnie - pogoda niepewna. Pochmurno , niebo ciemnieje i sypie kroplami o parapet. Wyjazd za miasto wykluczony. Święte obowiązki odkładam no kolejne dni, popołudnia , rozkoszuję się lekturą przy muzyce z radia. Dobrze, że mam akurat dobrą powieść. I wiele innych wgranych w „ebook czytnik” do „pilnego przeczytania” . Ciągle kupuje w wersji elektronicznej ich coraz więcej i przygotowuję się na długą zimę. Zastanawiam się co by było gdybym nie lubił czytać. Szczególnie w takie dni o niepewnej pogodzie, kiedy już wyczerpią się tematy rozmów i domownicy wracają do swoich zajęć.
Pytania tego jednak nie stawiam, bo zawsze lubiłem czytać dobre książki, zdobywać wiedzę płynącą z ich treści. Przypomniałem sobie pewną starszą Panią z Głuchołaz u której miałem okazję spędzić ferie zimowe (zresztą utkwiły mi one w pamięci najbardziej). Ach, pani jako że pracowała kiedyś w bibliotece czytywała kiedyś same pogodne książki, nawet do późna te młodzieżowe, gdzie świat bywa piękniejszy. To ona, namawiała mnie z anielską cierpliwością do szukania odpowiedzi w książkach.
Czytam więc kolejną powieść w tą pochmurną aurę uśmiechając się do własnych myśli, a przy tym jednym uchem słyszę, jak znany celebryta opowiada o urokach Afryki i Australii. Wiadomo, świat niezwykłej roślinności i zwierząt tych kontynentów jest kuszący. Szczególnie dla mnie wychowanego na wielu podróżniczych książkach Fiedlera, Halika, Szklarskiego , Hemingwaya…
Tak więc celebryta ów chwali przyrodę Australii, egzotyczne owoce i te z morza. Stwierdza, że oddalenie tego kontynentu od innych, gdzie panują wojny i inne trudne sprawy zapewnia ludziom życie w świętym spokoju.
Przez moment zamyślam się .. ,któż nie marzy, żeby uciec od zgiełku miasta i zaszyć się w odludnym miejscu? Szczególnie, gdy doskwiera typowa dla dużego skupiska ludzka dokuczliwość. To nic, że ponury Tomasz Hardy w powieści „Z dala od zgiełku” pokazuje jak i tam bywa nielekko a nawet całkiem źle. Ja jednak mieszkam w małym mieście, które w tej chwili nie przekracza czterdzieści tysięcy mieszkańców i wiem, jak tu ambitna młodzież marzy o wyjeździe, bo tylko w metropolii można osiągnąć coś więcej. Uciekają, choć mają czasem świadomość, że wielkie miasto ich nie chce.
Przypomina mi się wypowiedź jednego z czołowych naszych polskich podróżników XXI wieku niejakiego Pana W.C. który potrafi przez parę miesięcy w roku chodzić boso w kwiecistej koszuli się i zachwalać święty spokój i raj podatkowy (raczej ich brak). Sam święty spokój nie wystarcza do szczęścia! Człowiek potrzebuje osiągania czegoś. Poczucia znaczenia. Sławy. I wielu innych rzeczy, których nie osiąga się w samotności, a tylko w życiu społecznym.
Każdy musi mieć jakieś bodźce, które mobilizują go do życia, do działania. Musi czegoś chcieć, do czegoś dążyć, czegoś unikać, bać się. Inaczej zaczyna zżerać go nuda. Traci zapał do wszystkiego, dziwaczeje. Nawet zwierzęta w ZOO, gdy nie muszą same zdobywać pożywienia, polować, ani obawiać się drapieżników, ulegają czemuś, co po ludzku nazywa się demoralizacją lub zboczeniem.
Piszę o tym niedługo po powrocie z Berlina , gdzie przez tydzień doznawałem pełni dobrostanu i świadomie to poczucie kontemplowałem. Tam zapomniałem o wszystkich dręczących mnie troskach, które być może niewarte są rozpamiętywania z powodu zdrowia. Nie musiałem myśleć, sprzątać... Cała realna codzienność była ode mnie gdzieś daleko. Miałem na głowie same przyjemne sprawy, nawet kaprysy pogody nie martwiły.
Życie jednak bywa piękne! Czasem można mieć swój „święty spokój”.