Tego nie
trzeba sobie wyobrażać, wystarczy się
rozejrzeć.
Dominuje kult dobrego samopoczucia – należy myśleć, że świat jest
cool, piękny, szczęśliwy, kolorowy. Jeśli coś go psuje, to właśnie frustraci.
To oni podkładają bomby. Dawną nieufność wobec wpływu tego, co przemożne,
zastąpił niekwestionowany wymóg adaptacji – które to uświęcone dziś słowo
znamionuje tyleż zalecaną obecnie postać podmiotowej dojrzałości, co przewagę,
jaką w kształtowaniu umysłów psychologowie zyskali nad filozofami. Więc
człowiek dzisiejszy, zwłaszcza młody, gotów jest na największe wyrzeczenia,
byle tylko uchodzić za szczęśliwego i „dobrze się bawić”. Za nic w świecie nie
chciałby wyglądać na frustrata. Bo też i nie widzi niczego nie wiedzieć jak
wielkiego, w imię czego warto być sfrustrowanym. Przeciwnie, presja, pod jaką
żyją młodzi ludzie, wymaga ciągłego potwierdzania, że ogólnie są bardzo fajni,
które to zadanie wziął na siebie przemysł, mylnie ostatnio brany za kulturę; za
jego sprawą model fajności administrowany jest odgórnie z niemal stuprocentową
efektywnością. Fajny musi być indywidualistą, i to nawet trochę zbuntowanym,
więc atrybuty buntu albo inne dowody na wyjątkowość ich nosiciela produkuje się
przemysłowo w milionach egzemplarzy. Mają one użyczać blasku skonformizowanemu
życiu i dlatego obiektywnie stają się jego symbolami – grymas belferskiego
niesmaku na widok ćwieków w uchu ucznia wyraża sytuację o wiele bardziej
dialektyczną, niż to się zwykle sądzi. Przy wtórze niekończącego się
mantrowania o tolerancji obawa przed byciem innym przybrała dawną postać
dławiącego lęku, że poza gromadą traci się tożsamość. Dlatego też nawet
rockandrollowa imitacja dawnych namiętności nosi dziś wszelkie znamiona
bezwarunkowej integracji, udanej korporacyjnej imprezy, a zbuntowani poeci noszą
się markowo, dyskretnie komunikując o pełnej socjalizacji.
I tyle ……. ;-)
