.

.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Bo teraz to jest prawdziwe życie ;-)




Tego nie trzeba  sobie wyobrażać, wystarczy się rozejrzeć. 
Dominuje kult dobrego samopoczucia – należy myśleć, że świat jest cool, piękny, szczęśliwy, kolorowy. Jeśli coś go psuje, to właśnie frustraci. To oni podkładają bomby. Dawną nieufność wobec wpływu tego, co przemożne, zastąpił niekwestionowany wymóg adaptacji – które to uświęcone dziś słowo znamionuje tyleż zalecaną obecnie postać podmiotowej dojrzałości, co przewagę, jaką w kształtowaniu umysłów psychologowie zyskali nad filozofami. Więc człowiek dzisiejszy, zwłaszcza młody, gotów jest na największe wyrzeczenia, byle tylko uchodzić za szczęśliwego i „dobrze się bawić”. Za nic w świecie nie chciałby wyglądać na frustrata. Bo też i nie widzi niczego nie wiedzieć jak wielkiego, w imię czego warto być sfrustrowanym. Przeciwnie, presja, pod jaką żyją młodzi ludzie, wymaga ciągłego potwierdzania, że ogólnie są bardzo fajni, które to zadanie wziął na siebie przemysł, mylnie ostatnio brany za kulturę; za jego sprawą model fajności administrowany jest odgórnie z niemal stuprocentową efektywnością. Fajny musi być indywidualistą, i to nawet trochę zbuntowanym, więc atrybuty buntu albo inne dowody na wyjątkowość ich nosiciela produkuje się przemysłowo w milionach egzemplarzy. Mają one użyczać blasku skonformizowanemu życiu i dlatego obiektywnie stają się jego symbolami – grymas belferskiego niesmaku na widok ćwieków w uchu ucznia wyraża sytuację o wiele bardziej dialektyczną, niż to się zwykle sądzi. Przy wtórze niekończącego się mantrowania o tolerancji obawa przed byciem innym przybrała dawną postać dławiącego lęku, że poza gromadą traci się tożsamość. Dlatego też nawet rockandrollowa imitacja dawnych namiętności nosi dziś wszelkie znamiona bezwarunkowej integracji, udanej korporacyjnej imprezy, a zbuntowani poeci noszą się markowo, dyskretnie komunikując o pełnej socjalizacji.


I tyle ……. ;-)