.

.

czwartek, 20 sierpnia 2015

O kawie słów kilka ...




Kocham kawę, tak  wiem , że nie jestem oryginalny. Lubię pić kawę w trakcie czytania, ale też pisania, oglądania, słuchania, sprzątania  i tak dalej. Bo kawa pasuje do wszystkiego.  

Kawa jest pełna sprzeczności. Bo przecież należy do tych używek, które świetnie komponują się z kieratem pracy. Gdyby było inaczej, pewnie byłaby nielegalna. A tak – pijcie, ile jesteście w stanie! Kofeina usunie oznaki zmęczenia i będzie można popracować dłużej. Dlatego uważam, że najlepiej pić kawę w wersji, której przygotowanie wymaga trochę czasu. Gdy samo w sobie stanowi przerwę, inaczej niż w wypadku szybkiego espresso. Zresztą espresso w tej historii występuje w roli negatywnego bohatera nie tylko ze względu na szybkość przygotowania. „Włoskie” palenie kawy jest na tyle długie, że w istocie staje się bliskie jej spalenia. Wyjątkowy smak ziaren traci na znaczeniu, choć często po prostu ciemne palenie maskuje mizerną jakość mieszanki i tego smaku brak. Dlatego w ostatnich latach w glorii i chwale powraca parzenie kawy, pozwalające na uzyskanie nieosiągalnej dla ekspresu gamy smaków. Oczywiście, parzenie otoczone zestawem małych dziwactw. Ale podobno mężczyźni lubią fetyszyzować swoje używki. A na pewnym etapie życia przestają się tego wstydzić.

Kawę powinno się najpierw zmielić. Ja czasem mielę w tureckim młynku ręcznym, co doprowadza mnie do szału (elektryczny młynek się spalił) z wyjątkiem szybkiej  porannej kawy, bo wtedy na szybko . Przecież poranek to z reguły czas pośpiechu, a atmosfera w domu nie zawsze jest tak radosna, jak podczas rodzinnych śniadań pokazywanych w amerykańskich filmach. Zawsze brakuje czasu – a ja w tym czasie muszę wyskoczyć jeszcze z psiakami na poranny obchód .

Ale zapomnijmy na chwilę o mojej kawie – przyjrzyjmy się kawie w ogóle. 
Kawa, podobnie jak ropa, oliwi tryby kapitalizmu. Jest strategicznym zasobem – to nie przypadek, że w trakcie II wojny światowej Amerykanie zakontraktowali na trzy lata do przodu całe brazylijskie zbiory. A równocześnie kawa jest też doskonałym przykładem kapitalistycznego wyzysku: po wojnie ceny kawy zaczęły spadać, szybko kierując brazylijską ekonomię na skraj przepaści. Dlatego gdy w roku 1954 prezydent Getulio Vargas pisał list do narodu, pisał w nim o niemożliwym do zahamowania spadku cen i nieuchronnym kawowym krachu. Miał świadomość, że zachwieje on gospodarką jego kraju tak bardzo, że prawdopodobnie wkrótce nastąpi przewrót i ktoś przystawi mu do głowy lufę pistoletu. Postanowił uprzedzić fakty i strzelił sobie w głowę sam. Dziesięć lat przed śmiercią założył fundację, która do dziś działa w Rio de Janeiro. Zajmuje się edukacją i prowadzeniem badań naukowych.

Ale miało być o kawie. Choć skoro już zacząłem – jeszcze chwilę o wyzysku.
Historia kawy to historia cierpienia – przynajmniej od momentu, w którym pojawiają się w niej ludzie z naszego kręgu kulturowego. Wcześniej było bardziej sielankowo – pierwszymi konsumentkami owoców kawy miały być etiopskie kozy, później ich pasterze (choć legenda funkcjonuje w różnych wersjach – między innymi z ptakami i obserwującym je mędrcem). Prawdopodobnie Etiopczycy zaczęli od jedzenia owoców, później zaczęli zalewać je wrzątkiem (wiele wskazuje, że palenie ziaren to późniejszy wynalazek – a herbata z łupin owoców kawy wraca dziś jako cascara, spróbujcie, choć ostrożnie, dawka kofeiny jest naprawdę duża). Stymulujące właściwości napoju sprawiły, że trafił do sąsiedniego Jemenu, gdzie podczas modlitw korzystać mieli z niego członkowie lokalnych bractw sufickich. Stamtąd kawa rozlała się na cały świat arabski. I dalej – do chrześcijańskiej Europy. Mamy tu zresztą polski akcent, bo w popularyzacji kawy na Starym Kontynencie pomógł Jerzy Franciszek Kulczycki – ten od bitwy pod Wiedniem (oczywiście kawa była znana w Europie już wcześniej, papież Klemens VIII miał ją nawet „ochrzcić” jako napój importowany od innowierców w roku 1600). Mniejsza z tym – ważne, że w Europie kawa nie bardzo chciała rosnąć. Świetnie za to radziła sobie w koloniach i bez trudu znajdziecie mnóstwo romantycznych historii o tym, kto od kogo wykradał i kto komu ofiarował sadzonki, by można było zakładać plantacje w różnych miejscach, od Ameryki Południowej, przez Karaiby, po Azję Południowo-Wschodnią. Mniej romantyczna część zaczynała się w momencie, gdy sadzonki trafiały do gleby i trzeba było je pielęgnować. A później: zebrać owoce i wydobyć z nich ziarna. Jedno i drugie jest czaso- i pracochłonne, dlatego historia masowej uprawy kawy to także historia niewolnictwa (a przy okazji: karczowania lasu deszczowego i wyjaławiania gleby). Co smutniejsze, do dziś niewiele się zmieniło – znaczna część osób pracujących na plantacjach kawy dziś jest de facto niewolnikami. Niskie ceny ziaren wpędzają plantatorów i ich pracowników w spiralę zadłużenia, a długi dziedziczą ich dzieci. Bo kawa jest tania – z kwoty, jaką płacicie za nią w kawiarni, do ludzi, którzy dostarczyli ziarna, a więc wykonali największą część pracy, trafia około 1 procent ceny.
Prawdopodobnie z uprawy kawy utrzymuje się na świecie ponad 20 milionów osób (to szacunkowa liczba obejmująca farmerów i ich rodziny). Geografia jej produkcji i konsumpcji idealnie oddziela Globalną Północ od Globalnego Południa. Dlatego bądźcie wyrozumiali dla kawowego snobizmu – nowych metod parzenia i obsesyjnego zwracania uwagi na jakość ziaren. Jasne, że  bywa pretensjonalnie .
Koniec końców jednak – nie oszukujmy się – nie chodzi o zbawianie świata. Kluczowa jest przerwa na dobrą kawę. Bo przecież europejska historia kawy ma też tę jaśniejszą stronę. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że w epoce Oświecenia kawiarnie były kluczowymi ośrodkami intelektualnymi, politycznymi i biznesowymi. Były relatywnie egalitarne i tanie – w Anglii za wejście płaciło się pensa, by później pić kawę, rozmawiać z innymi gośćmi i do woli korzystać z prasy. Chyba stąd do kawiarni przylgnęło określenie „Penny University”. I taki sposób ich funkcjonowania na stałe wpisał się w naszą kulturę – w dodatku próbuje się go dziś, na fali nowego zainteresowania kawą jako czymś więcej niż ładunkiem kofeiny, reaktywować w sposób wierny oryginałowi. Jedna ze znanych londyńskich palarni uruchomiła trzy lata temu tymczasowy „brew bar” pod szyldem „Penny University” właśnie. Podawano tam wykwintną kawę, ale w lokalu nie było ekspresu. Nie było też mleka ani cukru – tylko parzona kawa. Kawa i czekolada. Zamiast papierosów. Jeśli ktoś nie pali, to idealne połączenie.