Kocham kawę, tak wiem , że nie jestem oryginalny.
Lubię pić kawę w trakcie czytania, ale też pisania, oglądania, słuchania,
sprzątania i tak dalej. Bo kawa pasuje
do wszystkiego.
Kawa jest pełna sprzeczności. Bo przecież należy do
tych używek, które świetnie komponują się z kieratem pracy. Gdyby było inaczej,
pewnie byłaby nielegalna. A tak – pijcie, ile jesteście w stanie! Kofeina
usunie oznaki zmęczenia i będzie można popracować dłużej. Dlatego uważam, że
najlepiej pić kawę w wersji, której przygotowanie wymaga trochę czasu. Gdy samo
w sobie stanowi przerwę, inaczej niż w wypadku szybkiego espresso. Zresztą
espresso w tej historii występuje w roli negatywnego bohatera nie tylko ze
względu na szybkość przygotowania. „Włoskie” palenie kawy jest na tyle długie,
że w istocie staje się bliskie jej spalenia. Wyjątkowy smak ziaren traci na
znaczeniu, choć często po prostu ciemne palenie maskuje mizerną jakość
mieszanki i tego smaku brak. Dlatego w ostatnich latach w glorii i chwale
powraca parzenie kawy, pozwalające na uzyskanie nieosiągalnej dla ekspresu gamy
smaków. Oczywiście, parzenie otoczone zestawem małych dziwactw. Ale podobno
mężczyźni lubią fetyszyzować swoje używki. A na pewnym etapie życia przestają
się tego wstydzić.
Kawę powinno się najpierw zmielić. Ja czasem mielę w
tureckim młynku ręcznym, co doprowadza mnie do szału (elektryczny młynek się
spalił) z wyjątkiem szybkiej porannej
kawy, bo wtedy na szybko . Przecież poranek to z reguły czas pośpiechu, a
atmosfera w domu nie zawsze jest tak radosna, jak podczas rodzinnych śniadań
pokazywanych w amerykańskich filmach. Zawsze brakuje czasu – a ja w tym czasie muszę
wyskoczyć jeszcze z psiakami na poranny obchód .
Ale zapomnijmy na chwilę o mojej kawie – przyjrzyjmy
się kawie w ogóle.
Kawa, podobnie jak ropa, oliwi tryby kapitalizmu. Jest
strategicznym zasobem – to nie przypadek, że w trakcie II wojny światowej
Amerykanie zakontraktowali na trzy lata do przodu całe brazylijskie zbiory. A
równocześnie kawa jest też doskonałym przykładem kapitalistycznego wyzysku: po
wojnie ceny kawy zaczęły spadać, szybko kierując brazylijską ekonomię na skraj
przepaści. Dlatego gdy w roku 1954 prezydent Getulio Vargas pisał list do
narodu, pisał w nim o niemożliwym do zahamowania spadku cen i nieuchronnym
kawowym krachu. Miał świadomość, że zachwieje on gospodarką jego kraju tak
bardzo, że prawdopodobnie wkrótce nastąpi przewrót i ktoś przystawi mu do głowy
lufę pistoletu. Postanowił uprzedzić fakty i strzelił sobie w głowę sam.
Dziesięć lat przed śmiercią założył fundację, która do dziś działa w Rio de
Janeiro. Zajmuje się edukacją i prowadzeniem badań naukowych.
Ale miało być o kawie. Choć skoro już zacząłem –
jeszcze chwilę o wyzysku.
Historia kawy to historia cierpienia – przynajmniej
od momentu, w którym pojawiają się w niej ludzie z naszego kręgu kulturowego.
Wcześniej było bardziej sielankowo – pierwszymi konsumentkami owoców kawy miały
być etiopskie kozy, później ich pasterze (choć legenda funkcjonuje w różnych
wersjach – między innymi z ptakami i obserwującym je mędrcem). Prawdopodobnie
Etiopczycy zaczęli od jedzenia owoców, później zaczęli zalewać je wrzątkiem
(wiele wskazuje, że palenie ziaren to późniejszy wynalazek – a herbata z łupin
owoców kawy wraca dziś jako cascara, spróbujcie, choć ostrożnie, dawka kofeiny
jest naprawdę duża). Stymulujące właściwości napoju sprawiły, że trafił do
sąsiedniego Jemenu, gdzie podczas modlitw korzystać mieli z niego członkowie
lokalnych bractw sufickich. Stamtąd kawa rozlała się na cały świat arabski. I
dalej – do chrześcijańskiej Europy. Mamy tu zresztą polski akcent, bo w
popularyzacji kawy na Starym Kontynencie pomógł Jerzy Franciszek Kulczycki –
ten od bitwy pod Wiedniem (oczywiście kawa była znana w Europie już wcześniej,
papież Klemens VIII miał ją nawet „ochrzcić” jako napój importowany od
innowierców w roku 1600). Mniejsza z tym – ważne, że w Europie kawa nie bardzo
chciała rosnąć. Świetnie za to radziła sobie w koloniach i bez trudu
znajdziecie mnóstwo romantycznych historii o tym, kto od kogo wykradał i kto
komu ofiarował sadzonki, by można było zakładać plantacje w różnych miejscach,
od Ameryki Południowej, przez Karaiby, po Azję Południowo-Wschodnią. Mniej
romantyczna część zaczynała się w momencie, gdy sadzonki trafiały do gleby i
trzeba było je pielęgnować. A później: zebrać owoce i wydobyć z nich ziarna.
Jedno i drugie jest czaso- i pracochłonne, dlatego historia masowej uprawy kawy
to także historia niewolnictwa (a przy okazji: karczowania lasu deszczowego i
wyjaławiania gleby). Co smutniejsze, do dziś niewiele się zmieniło – znaczna
część osób pracujących na plantacjach kawy dziś jest de facto niewolnikami.
Niskie ceny ziaren wpędzają plantatorów i ich pracowników w spiralę zadłużenia,
a długi dziedziczą ich dzieci. Bo kawa jest tania – z kwoty, jaką płacicie za
nią w kawiarni, do ludzi, którzy dostarczyli ziarna, a więc wykonali największą
część pracy, trafia około 1 procent ceny.
Prawdopodobnie z uprawy kawy utrzymuje się na
świecie ponad 20 milionów osób (to szacunkowa liczba obejmująca farmerów i ich
rodziny). Geografia jej produkcji i konsumpcji idealnie oddziela Globalną
Północ od Globalnego Południa. Dlatego bądźcie wyrozumiali dla kawowego
snobizmu – nowych metod parzenia i obsesyjnego zwracania uwagi na jakość
ziaren. Jasne, że bywa pretensjonalnie .
Koniec końców jednak – nie oszukujmy się – nie
chodzi o zbawianie świata. Kluczowa jest przerwa na dobrą kawę. Bo przecież
europejska historia kawy ma też tę jaśniejszą stronę. Nie ma przesady w
stwierdzeniu, że w epoce Oświecenia kawiarnie były kluczowymi ośrodkami
intelektualnymi, politycznymi i biznesowymi. Były relatywnie egalitarne i tanie
– w Anglii za wejście płaciło się pensa, by później pić kawę, rozmawiać z
innymi gośćmi i do woli korzystać z prasy. Chyba stąd do kawiarni przylgnęło
określenie „Penny University”. I taki sposób ich funkcjonowania na stałe wpisał
się w naszą kulturę – w dodatku próbuje się go dziś, na fali nowego
zainteresowania kawą jako czymś więcej niż ładunkiem kofeiny, reaktywować w
sposób wierny oryginałowi. Jedna ze znanych londyńskich palarni uruchomiła trzy
lata temu tymczasowy „brew bar” pod szyldem „Penny University” właśnie.
Podawano tam wykwintną kawę, ale w lokalu nie było ekspresu. Nie było też mleka
ani cukru – tylko parzona kawa. Kawa i czekolada. Zamiast papierosów. Jeśli
ktoś nie pali, to idealne połączenie.
