„Jak zobaczę twoje lajki powiem ci, kim jesteś”,
mógłby pewnie powiedzieć jakiś social media ninja. I pewnie to zrobił. Nasze
lajki są wyrazem naszej osobowości. Widzialną oznaką naszych gustów i emocji. Czy aby na pewno ? Zgubne może być jednak traktowanie ich zbyt poważnie. Lajkujemy ironicznie.
Lajkujemy dla beki. Lajkujemy z grzeczności. Lajkujemy, bo tak wypada.
Lajkujemy, bo chcemy być mili. Każdy powód jest dobry, żeby lajknąć. I każda
wymówka jest dobra, żeby tego nie zrobić. Wszak mogło nas wtedy nie być na
Fejsie, gdy wszechalgorytm zdecydował się nam wyświetlić dany strumień bitów.
Mogliśmy być w drugim pokoju. Postępująca wciąż inwigilacja społeczeństwa
zapewnia jednak ciągle na tyle dużo anonimowości, że trudno kogokolwiek
obwiniać o niezalajkowanie. Prawie każdy/a mógł/mogła nie widzieć naszego
komcia. Zły, zły algorytm. Niczyja wina. Trzeba też pamiętać, że każdy lajk
jest obnażeniem się użytkownika w przestrzeni, cokolwiek by mówić, publicznej.
Nie możemy tego od nikogo wymagać.
Te wszystkie czynniki sprawiają, że budowanie marki
na portalu społecznościowym jest paralelne do zdobywania reputacji na dowolnym
innym autorytarnym polu społecznym. Istotne założenie: wbrew temu, co by się
mogło intuicyjnie wydawać, Facebook nie jest przestrzenią demokratyczną. O ile za
ideał demokracji nie uznajemy dżungli, w której rządzą silni, a słabi boją się
choćby zamiauczeć, żeby nie zostać zjedzonym. Ta milcząca większość (bo jest to
większość, jak sądzę) jest przedmiotem trudnym do opisania, bo uporczywie
odmawiającym lajknięcia, czy tym bardziej skomciowania. Co lajkują ci, którzy
nie lajkują? Zapewne wkrótce ktoś zrobi takie badania na reprezentatywnej
grupie statystycznej. Tymczasem chciałem tylko powiedzieć, że na Facebooku (jak
wszędzie) rządzą silni. Ci, którzy bez skrępowania wyrażają swoje opinie czy
humory. Bez wstydu dzielą się fotografiami swojej twarzy (z ang. selfies),
gustami czy emocjami, które w innych czasach pozostawałyby znane jedynie
najbliższym przyjaciołom.
